Sny wioski Ding – zakazana powieść o AIDS

Posted on 17 lutego 2010 - autor:

3


Yan Lianke Sny wioski Ding tłumaczenie Katarzyna Sarek

Jesienny dzień, jesienny zmrok. Nad równina wschodniego Henanu, w zmierzchu słońce zachodzi jak krwawa kula, na niebie i ziemi rozlewa się czerwień. Rozpościera się czerwień, pogłębia się zmrok. Jesień coraz głębsza, chłód coraz dotkliwszy. Przez chłód, drogi opustoszały.

Psy weszły do bud.

Kury zasiadły na grzędach.

Krowy wcześniej wróciły do ciepła obór.

Spokój we wsi, gęsty spokój, bez jakiegokolwiek dźwięku. Życie wsi Ding przypomina śmierć. Przez ciszę, przez absolutną ciszę, przez narastającą jesień, przez zmrok, wieś usycha razem ze swoimi mieszkańcami. W atrofii usychają dni, jak zwłoki złożone w ziemi.

Dni jak trupy.

Wyschnięte trawy na równinie.

Nagie drzewa na równinie.

Zakrwawione pola i zwiędnięte zboża na równinie.

Mieszkańcy wsi Ding skurczyli się w domach, przestali wychodzić.

Kiedy mój dziadek, Ding Shuiyang, wracał z miasta, zmrok już rozpostarł się na polach. Jeżdżący pomiędzy Weixian a Dongjing dalekobieżny autobus porzucił go przy skraju szosy, jak jesienny liść strącony z drzewa. Dziesięć lat temu, kiedy wszyscy sprzedawali krew, prowadząca do Ding droga została wylana cementem. Dziadek stał i patrzył na leżącą przed jego oczami wieś. Lekki powiew wiatru przegonił zmęczenie podróżą. Zrozumiał to czego nie mógł ogarnąć w drodze. Wczesnym rankiem pojechał do miasta, żeby przez pół dnia słuchać mętnych tłumaczeń urzędników, ale dopiero teraz, na szosie prowadzącej do wsi, wszystko stało się jasne jak słońce na bezchmurnym niebie.

Jasne jak to, że z chmur pada deszcz.

Jasne jak to, że koniec jesieni przynosi chłód.

Jasne jak to, że ludzie, którzy dziesięć lat temu sprzedawali krew, dzisiaj cierpią na gorączkę. Kto ma gorączkę, musi umrzeć. Odejść, jak spadający liść.

Gorączka schowała się we krwi. Dziadek ukrył się w snach.

Gorączka kochała krew, dziadek kochał sny.

Dziadek codziennie śnił. Od trzech dni miał ten sam sen. Widział, jak podziemne rury rozpościerające się jak pajęczyna pod miastem Weixian i Dongjing pulsują krwią. Z niektórych, źle połączonych szwów i kolanek, krew tryska jak woda do połowy nieba i spada jasnoczerwonym deszczem, jej odór drażni nozdrza. Na równinie, woda w studniach i rzekach zmieniła się w czerwoną i cuchnącą krew. Wszyscy lekarze z miasta i wsi głośno płaczą nad gorączką, ale codziennie jeden lekarz siedzi na ulicy w Ding i śmieje się. Spokojna wieś w złotych promieniach słońca, ludzie w domach za zamkniętymi drzwiami i oknami, a lekarz w średnim wieku, ubrany w śnieżnobiały fartuch, siedzi pod starym drzewem sofory ze skrzynką z lekarstwami u stóp i śmieje się. Siedzi na kamieniu pod drzewem i śmieje się. Śmieje się w głos. Zaśmiewa się do rozpuku. Ten dźwięczny śmiech, ten donośny śmiech, rozkołysał i postrącał żółte liście z drzew, jak nieznający wytchnienia wiatr.

Kiedy dziadek skończył śnić, został wezwany do powiatu na zebranie. We wsi Ding nie było sołtysa, więc ściągnięto go w zastępstwie. Po powrocie z zebrania zrozumiał cały łańcuch zdarzeń.

Dowiedział się, że gorączka to nie żadna gorączka, naukowa nazwa to AIDS. Po drugie, ci ludzie, którzy dawniej sprzedawali krew i potem, w przeciągu dziesięciu dni do połowy miesiąca gorączkowali, dziś z pewnością są chorzy na AIDS; po trzecie, najpierw pojawiają się symptomy podobne do tych sprzed ośmiu, dziesięciu lat. Po zażyciu lekarstw przeciwgorączkowych, temperatura spada i wszystko jest jak przedtem. Następnie pół roku później, czasem po trzech czy pięciu miesiącach, choroba powraca, człowiek opada z sił, na ciele wyskakują wrzody, ropieje język, życie wysycha jak woda. Po trzech do sześciu miesiącach cierpień, czasem po ośmiu, albo nawet i po roku, umiera.

Umiera, jak spadający z drzewa liść.

Opuszcza świat, jak gasnące światło.

Po czwarte, we wsi w przeciągu ostatnich dwóch lat, co miesiąc ktoś umierał. Prawie z każdego domu kogoś ubyło. Po kolei zmarło ponad czterdzieści osób, groby stały na polach gęsto jak kopki. Niektórzy chorzy myśleli, że to żółtaczka, inni, że to gruźlica, kolejni zaś, nie mieli problemów z wątrobą czy płucami, jedynie nie mogli przełknąć kęsa pożywienia. Po dwóch tygodniach, wygłodzeni, po dwóch dniach wymiotów krwią, która wypełniłaby połowę miednicy, umierali. Umierali, jak spadające z drzewa liście. Opuszczali świat jak gasnące światło. Kiedy wszyscy mówili, że on czy ona  mają chory żołądek, wątrobę, płuca, w rzeczywistości to była  gorączka. To AIDS. Po  piąte, dawniej chorowali na to tylko cudzoziemcy, miastowi, ci co się źle prowadzali, teraz także mają to Chińczycy, wieśniacy, nawet porządni ludzie. Gorączka przypomina nalot szarańczy na pola, obejmuje całe wsie. Po szóste, każdy kto zachorował – umrze, to nowa nieuleczalna choroba, za żadne pieniądze nie kupisz lekarstwa. Po siódme, dopiero zaczęła zbierać żniwo, wybuch nastąpi za rok lub dwa. Wtedy ludzie będą umierać jak wróble, ćmy czy mrówki. Teraz zmarły człowiek jest jak zdechły pies, więcej wart niż ćma czy wróbel. Po ósme, dziadek pochował mnie za ścianą swojego domu. Miałem zaledwie 12 lat, przez pięć lat chodziłem do szkoły i zmarłem. Zmarłem po zjedzeniu pomidora. Zmarłem po zjedzeniu pomidora podniesionego z ulicy. Otruto mnie. Pół roku wcześniej ktoś wytruł nasze kury. Miesiąc później, świnia hodowana przez matkę zjadła podrzuconą marchew i zdechła.  Po kilku miesiącach  zmarłem ja po zjedzeniu zatrutego pomidora. Ktoś go położył na kamieniu przy drodze ze szkoły, zjadłem i poczułem jakby mi cięto nożyczkami jelita. Upadłem po kilku krokach. Ojciec biegiem zaniósł mnie do domu, położył na łóżku, zwymiotowałem białą pianą i umarłem.

Umarłem, ale nie na gorączkę, czy jak się mówi AIDS. Umarłem, ponieważ mój ojciec dziesięć lat wcześniej handlował krwią. Kupował i sprzedawał krew. Umarłem, ponieważ mój ojciec był największym handlarzem krwi we wsiach Ding, Liu, Huangshui i Li Er. Był królem krwi. W dzień mojej śmierci, ojciec nie uronił żadnej łzy, siedział przy mnie i zaciągał się papierosem. Razem z wujkiem – jeden wziął ostrą łopatę, drugi lśniący topór – stanęli na głównym skrzyżowaniu dróg we wsi i wrzeszcząc na całe gardło wyzywali, wrzeszcząc na całe gardło wyklinali:

Wujek krzyczał: Wychodźcie bydlaki, umiecie tylko truć po kryjomu! Wychodzić, ja Ding Liang rozetnę was na pół!

Ojciec, wymachując ostrą łopatą, klął: Krew was zalała, bo widzicie, że ja Ding Hui mam pieniądze, a nie gorączkę? Zazdrościcie? Ja, Ding Hui, przeklinam was i waszych przodków do ósmego pokolenia! Wytruliście mi kury, otruliście mi świnię, ośmieliliście się nawet otruć mi syna!

Miotali przekleństwa aż do zmroku. Nikt nie ośmielił się wyjść.

Po nadejściu nocy pochowano mnie.

Po prostu pochowano.

Ponieważ miałem tylko dwanaście lat, nie byłem dorosły, według zwyczaju nie mogli mnie pochować w rodzinnym grobowcu. Dziadek wziął moje drobne ciało i pogrzebał mnie za budynkiem szkolnym w którym mieszkał. Do wąskiej, białej trumny włożył podręczniki, długopisy i ołówki, którymi odrabiałem lekcje i pisałem wypracowania.

Dziadek chodził parę lat do szkoły. Ponieważ bił w szkolny dzwon i miał wygląd człowieka wykształconego, we wsi wszyscy nazywali go profesorem Ding. Włożył do trumny książkę z opowiadaniami. Wybór baśni. Dorzucił także podania i legendy. Na końcu włożył słownik wyrazów i słownik znaków.

A potem, potem dziadek nie miał nic do roboty. Stał nad moim grobem i myślał, czy ludzie ze wsi znów podłożą truciznę komuś z rodziny Ding? Czy otrują jego wnuczkę, moją małą siostrę Yingzi?  A może drugiego wnuczka, mojego kuzyna, małego Jun? Wymyślił, że każe mojemu ojcu i wujowi pokłonić się każdemu we wsi, błagać, aby nie podkładali trucizny nikomu z rodziny Ding. Nie dopuścić do tego, żeby ród Ding zniknął z powierzchni ziemi. Potem pomyślał, że wuj też ma gorączkę, już zapłacił za to, że ojciec handlował krwią. Postanowił, że on nie musi bić pokłonów, powinien to zrobić tylko mój ojciec.

Po dziewiąte, dziadek zdał sobie sprawę, że za rok, dwa gorączka rozleje się po równinie. Jak powódź zatopi wsie Ding, Liu, Huangshui, Li Er i tysiące innych. Jak Żółta Rzeka po przerwaniu wałów zmiecie setki wiosek. Ludzie będą umierali jak muchy, jak zlatujące z drzew liście.Opuszczą świat jak gasnące światło. Umrą jak spadające z drzewa liście. Kiedy prawie wszyscy odejdą, wieś Ding zniknie. Ludzie są jak liście, najpierw więdną, potem żółkną, na końcu z szumem opadają. Dmuchnie wiatr i wieś, jak liść, odfrunie w nieznane.

Wieś Ding, jak liść, odfrunie w nieznane.

I po dziesiąte, władze zarządziły, żeby wszyscy chorzy zamieszkali w szkole, aby ten sposób uniknąć zarażenia tych, którzy nie sprzedawali krwi. Powiedzieli: Profesorze Ding, wasz najstarszy syn był królem krwi, teraz wy powinniście się trochę wysilić, sprawcie, aby wszyscy chorzy zgromadzili się w szkole. Gdy dziadek usłyszał te słowa, zastygł, w duszy długo dźwięczały niewypowiedziane słowa. Teraz, gdy tylko wspomniał moją śmierć i  mojego ojca, króla krwi, dziadek stwierdził, że każe mu wejść do każdego domu. W każdym ma bić głową o ziemię, a potem może się otruć, powiesić, wskoczyć do studni, sczeznąć jak mu się podoba.

Niech natychmiast umrze.

Niech zdechnie tak, żeby ludzie widzieli, to wystarczy.

Wzdrygnął się na myśl o śmierci po biciu pokłonów, otrząsnął się i poszedł w kierunku wsi.

W kierunku naszego domu.

Naprawdę poszedł.

Poszedł, aby powiedzieć mojemu ojcu, że ma umrzeć po tym, jak pokłoni się całej wsi.

We wsi działy się straszne rzeczy, spośród ośmiuset ludzi, z niecałych dwustu domostw, w przeciągu mniej niż dwóch lat, umarło już ponad czterdzieści osób. Po podliczeniu, w zeszłym roku, co dziesięć, czternaście dni umierał jeden człowiek, co miesiąc odchodziły co najmniej trzy osoby. A dopiero nadszedł okres umierania, w przyszłym roku zmarłych będzie jak ziarna po jesiennych zbiorach. Grobów jak kopek  latem. Starzy mieli po 50 lat, najmłodsi po trzy, pięć. U wszystkich obywało się to w ten sam sposób: zanim ujawniła się choroba, mieli temperaturę przez dziesięć, piętnaście dni, dlatego nazwano ją gorączką. Gorączka rozprzestrzeniała się, już chwyciła za gardło wieś Ding. Ludzie umierali nieprzerwanie, nie milkły łkania.

Stolarze robiący trumny już cztery razy zmienili piły i topory.

Śmierć jak mroczna noc przykryła wieś Ding, otuliła też inne wioski leżące w pobliżu. Przychodzące każdego dnia wieści były czarne jak smoła. Kto w czyjej rodzinie zachorował, kto w czyjej rodzinie umarł w połowie nocy. Jeśli w domu umarł mężczyzna, kobieta szykowała się do powtórnego zamążpójścia, wydania się jak najdalej, jak najdalej się da, aby tylko uciec od tego nawiedzonego chorobą miejsca.

Dni upływały na nieludzkich cierpieniach. Śmierć chybotała się codziennie przed progiem jak unoszący się w powietrzu komar, do którego domu wleci, tam zagości choroba, tam w ciągu kilku miesięcy ktoś znajdzie się na łożu śmierci.

Wielu umierało. W jednym domu szlochali dzień albo pół dnia, skrzętnie zbierali pieniądze na czarną trumnę i grzebali. W innym wcale nie płakali, w milczeniu siedzieli nad trumna, wzdychali kilka razy, potem chowali.

Zrąbano wszystkie paulownie we wsi nadające się na deski.

Spośród trzech starych codziennie robiących trumny cieśli, dwóch nabawiło się lumbago.

Pewna kobieta o nazwisku Wang, która zajmowała się robieniem papierowych kwiatów, od nadmiaru pracy, od ciągłego cięcia i krojenia dostała kilkunastu wielkich pęcherzy. Bąble popękały, rozdarta skóra wyschła, na rękach zostało ponad dziesięć wytartych od nożyczek odcisków.

Żyjący stali się ospali jak umarli. Siedzieli w progu, nikt nie wychodził w pole, nikt nie szedł dorobić w mieście. Siedzieli w domach, przy zamkniętych drzwiach i oknach, przerażeni pilnowali, żeby choroba nie wtargnęła z zewnątrz. W rzeczywistości czekali też na gorączkę. Czekali dzień za dniem, siedzieli dzień za dniem. Niektórzy mówili, że do domów z chorymi rząd wysyła ciężarówki, wywozi ich na pustynię w Gansu i tam zakopuje żywcem, jak podobno robiono podczas ostatniej epidemii dżumy. Niby wiedzieli, że to bzdury, ale w głębi duszy wierzyli w nie. I tak siedzieli w domach i czekali, czekali przy zamkniętych drzwiach i oknach, i gorączka przychodziła i człowiek umierał.

Umarło wielu, wieś umierała wespół.

Opuszczona ziemia, nie tknięta motyką.

Wyschnięte  pola, nie podlane wodą.

W niektórych domach, po śmierci, jedli posiłki, ale przestali zmywać naczynia. Śniadanie czy kolacja, gotowali w brudnych garnkach, brudnymi pałeczkami jedli z brudnych czarek.

Jeśli kogoś nie było widać przez dwa tygodnie na drodze, nie warto było pytać, gdzie się podział, domyślano się, że umarł.

I pewnie rzeczywiście umarł.

Ale kiedy poszedłeś po wodę, nagle zobaczyłeś go jak ciągnie wiadro ze studni, gapiliście się na siebie w zdumieniu pół dnia. Spytałeś: „Boże, to ty jeszcze żyjesz?” Odpowiedział: „Bolała mnie głowa przez kilka dni, myślałem że to gorączka, ale jednak nie”. Zaśmialiście się obaj, jeden podniósł koromysło, drugi parę pustych wiader i minęliście się przy studni.

Oto właśnie wieś Ding.

Oto właśnie gorączka i dni oczekiwania na nią w męczarniach.

Kiedy dziadek wracał do wsi, na początku wsi zobaczył chorego na gorączkę Ma Xianglin, który całe życie kochał śpiewać zhuizi[1]. Siedział w świetle zachodzącego słońca pod okapem domu, doprowadzał do ładu nie używane od kilku lat, pokryte łuszczącą się farbą zhuiqin[2]. Wybudował swój pokryty dachówką trzyizbowy dom z czerwonej cegły za pieniądze ze sprzedaży krwi. Teraz siedział pod okapem, naprawiał zhuiqin i śpiewał drewnianym głosem:

Słońce wschodzi na wschodnim morzu, zachodzi w zachodnich górach,

jednego dnia się martwisz, drugiego weselisz

sprzedajesz ziarno, zarabiasz trochę grosza

jednego dnia dużo, drugiego niewiele…

Wyglądał jakby wcale nie był chory. Ale dziadek dostrzegł kolor śmierci, cień przemykający po jego wychudłej twarzy, pojedyncze ciemnoczerwone suche wrzody, jak wyschnięty sflaczały groszek. Gdy zobaczył dziadka, odłożył zhuiqin i uśmiechając się nieszczerze, podczas gdy oczy błyszczały mu głodem, spytał głosem, w którym dźwięczała melodia zhuizi:

„Profesorze Ding, wracasz z zebrania?”

Dziadek spojrzał na niego: „Xianglin, tak wychudłeś?”

„Nie schudłem, na raz mogę zjeść dwa mantou[3]… Powiedzieli, czy można wyleczyć tę chorobę?”

Dziadek po chwili odpowiedział: „Można, zaraz dotrze nowe lekarstwo. Jak tylko dowiozą, jeden zastrzyk i po gorączce.”

Lekko zaczerwieniły mu się policzki:

„Kiedy przywiozą?”

„Szybko.”

„Szybko to znaczy kiedy?”

„Szybko, za kilka dni.”

„Kilka to znaczy ile?”

Dziadek powiedział: „Za kilka dni pójdę do powiatu się zapytać.”

Skończył mówić i odszedł.


[1] Ballady śpiewane typowe dla prowincji Henan.

[2] Instrument dwustrunowy.

[3] Bułki drożdzowe gotowane na parze.

Advertisements