Chiński Archipelag Gułag – zapiski z obozu pracy

Posted on 9 grudnia 2010 - autor:

6


杨显惠 《告别夹边沟》

Yang Xianhui „Dziennik z Jiabiangou” tłumaczenie Katarzyna Sarek

Rozdział I Kobieta z Szanghaju

Tą historię opowiedział mi pewien prawicowiec o imieniu Li Wenhan. Pochodził z Hubei, miał wykształcenie średnie, w 1948 roku wstąpił wojska, po wyzwoleniu dołączył do ochotniczej armii i ruszył do Korei walczyć. Na polu bitwy odniósł ranę, amerykańska bomba połamała mu trzy żebra. Po powrocie do kraju i wyzdrowieniu pracował w służbie bezpieczeństwa. Powiedział, że ponieważ miał pochodzenie burżuazyjne, został oddelegowany do placówki na rubieżach, w Gansu, a nazywało się to Pomoc Północnemu Zachodowi. Ale tam też długo nie popracował, odesłano go w rejon Jiuquan do oddziału zajmującego się obozami pracy – laogai, gdzie został specjalistą w dziale produkcji. W 1957 roku uznano go za prawicowca, zdymisjonowano i zesłano do Jiabiangou do reedukacji przez pracę. Po grudniu 1960 roku, wszyscy prawicowcy z Jiabiangou zostali odesłani do swoich zakładów pracy i domów, on zaś nie miał gdzie wracać, bo został oficjalnie zwolniony. Po dwóch miesiącach mieszkania w poczekalni biura obozu pracy, naczelnik wymyślił co z nim zrobić: Jedź do powiatu Anxi na plac budowy nr 10, nie jesteś urzędnikiem, ani więźniem, będziesz robotnikiem. Kiedy dojechał na budowę, tamtejszy kierownik zaczął robić mu trudności: Nie da się załatwić formalności o zatrudnieniu, zresztą jak mogę zatrudnić prawicowca? W końcu dostał status pracownika po odbyciu wyroku, uprawiał pole razem z ekipa laogaia, o miesięcznej pensji 24 juanów. Robił w polu do 1969 roku, kiedy podczas przygotowań do wojny, wszyscy więźniowie z budowy nr 10 zostali przeniesieni na pięć równin w środkowej części prowincji Gansu. Ponieważ nie był już więźniem nie mógł jechać z nimi i razem z kilkoma innymi pracownikami po odbytych wyrokach przeniósł się na stosunkowo niewielkie gospodarstwo rolne Wan. Dlatego został pasterzem w naszej 14 brygadzie pasterskiej i mieszkał razem w nami w domu przy zagrodzie owiec. Żyliśmy wspólnie bardzo długo, poznaliśmy się i wzajemnie ufaliśmy. Często opowiadał nam historie z Jiabiangou.

Dzisiaj opowiem wam pewna historię z Jiabiangou, historię o pewnej kobiecie. Była żoną prawicowca, pochodziła z Szanghaju. Już wam mówiłem, że przed świętem ustanowienia ChRL w 1960 roku, prawicowcy z Jiabiangou, także prawicowcy z oddziału pracy w Xintiantun, wszyscy, oprócz zmarłych i kilkuset zbyt osłabionych, żeby się ruszyć, zostali przeniesieni na pustkowie w pobliżu wioski Mingshui w powiecie Gaotai. Kierownictwo laogai całej prowincji wymyśliło, że kilkanaście obozów pracy i obozów reedukacyjnych z rejonu Jiuquan zostanie scalonych w jeden obóz, największy w rejonie korytarza Hexi, i zagospodaruje powierzchnię ponad 500 000 mu. Ponieważ zaraz miała nadejść zima, naczelnicy większości obozów nie przenieśli ludzi zgodnie z planami, na miejsce dotarli jedynie prawicowcy z Jiabiangou. Około półtora tysiąca ludzi umieszczono w dwóch wąwozach po górskich rzekach schodzących z góry Qilian. Kilka tysięcy lat wcześniej wody spływające z góry Qilian pozostawiły na równinie kilka głębokich wąwozów. Wiły się one na odcinku ponad dwóch kilometrów, krańce południowe przylegające do gór był płytkie, wraz z posuwaniem się na północ stawały się coraz głębsze, w najgłębszym miejscu sięgały 6-7 metrów. Poza wąwozami była to równina pokryta piaskiem i iłem, w stronę północy ciągnęły się jedna za drugą wydmy.

Ponieważ nie było drewna do budowy domów mieszkaliśmy w jamach wykopanych własnymi rękami. Pieczary były różnej wielkości, w płytkim południowym krańcu, ponieważ ściany wąwozu były tam niewysokie, jamy miały około metra wysokości. Jedynie człowiek na czworakach mógł się do nich wcisnąć, jedynie siedząc mógł podnieść głowę. W jamie mieszkały jedna lub dwie osoby. Jama naszej brygady mieściła się w środkowej części wąwozu, była bardzo duża. Początkowo było nas 25 osób, w Jiabiangou zmarło trzech, trzech wychudło tak, że nie mogli iść i zostali w Jiabiangou, pozostała dziewiętnastka plus dwóch z innej brygady, którzy nie mieli gdzie mieszkać, wszyscy osiedliliśmy się w jednej wielkiej jamie. Z naszej ekipy najbardziej utkwili mi w pamięci Wen Daye, Cui Yi, Wei Changhai, i jeszcze Chao Chongwen, Zhong Yuliang, Zhang…. aj, jak on miał na imię, był profesorem historii na Północno Zachodnim Uniwersytecie Pedagogicznym, nie mogę sobie teraz przypomnieć jego imienia. A Cui Yi, wtedy już nie był ani w Mingshui, ani w Jiabiangou, uciekł dwa miesiące wcześniej. Skończył Uniwersytet Pekiński w latach czterdziestych, mówił świetnie po angielsku. W latach czterdziestych dołączył do ruchu studenckiego i partii w podziemiu, po wyzwoleniu został urzędnikiem w ministerstwie propagandy. Wen Daye był wicedyrektorem szkoły higieny, profesorem Akademii Medycznej miasta Lanzhou, umarł w Mingshui, umarł, bo jadł brudy. A tak, Dong Jianyi też wtedy umarł, prawie równocześnie z Wen Daye.

Śmierć Wen Daye pamiętam bardzo wyraźnie. Pewnego dnia w pierwszym tygodniu listopada zeszedł z legowiska i przysunął się do mnie. Powiedział, nie przeżyję tego tygodnia, wypiłem zupę z krochmalu. Podskoczyłem ze strachu i zapytałem, naprawdę? Potwierdził.

Przeraziłem się. Zupą z krochmalu, o której powiedział, nazywaliśmy wywar przyrządzony z nasion imperaty cylindrycznej. Wiecie co to jest? Na pewno ją znacie, rośnie na łachach piasku, tylko nie wiecie, że tak się nazywa. Podobna z wyglądu do trawy wielbłądziej, ma wiechę, łodygę trochę grubsza i wyższą. Łodyga jest żółta, liście też żółtawe, łatwo ją rozpoznać. Miejscowi chłopi nazywają ją żółtą trzciną, niektórzy podpałką, ponieważ czasem zbierają ją na opał, czasem zakopują ja na sztorc na granicy pól do ochrony przed wiatrem. Na początku nie wiedzieliśmy, że nasiona tej trawy są jadalne, powiedzieli nam o tym prawicowcy z powiatów Jiuquan i Gaotai. Podobno starzy ludzie mówili: w czasach głodu chłopi jedli te nasiona żeby oszukać głód. Więźniowie podążyli ich przykładem. Rozkładali prześcieradło na łące, naginali i gnietli wiechy trawy strząsając nasiona na materiał, następnie tarli rękami, żeby pozbawić je łusek. Potem potrząsali prześcieradłem licząc, że wiatr oddzieli ziarenka. Nie można było dmuchać, bo nasiona były zbyt małe i lekkie jak ziarenka maku, przy dmuchnięciu odlatywały razem z plewami. Wyczyszczone nasiona zbierano i prażono na patelni. Podczas prażenia trzeba było uważać, żeby ich nie spalić, wystarczyło je podgrzać do trzaskania. Oczywiście takie małe ziarenka pękały bez odgłosu, nie było słychać dźwięku, tylko było widać, że poruszają się na patelni, to znaczyło, że już. Po uprażeniu pakowano je do płóciennych woreczków i zaszywano starannie w ubraniu. Koniecznie trzeba było je chować, gdy podczas kontroli nadzorcy je znaleźli, to nie oddawali, mówili, że nie wolne tego jeść, bo łatwo po nich umrzeć.

Zjedzenie nasion imperaty też było łatwe, garść nasion wkładało się do garnka i gotowało, aż powstał biały kleik, podobny do krochmalu, od skrobi różnił się tym, że podczas mieszania pałeczkami można go było wyciągać w długie nitki. Na tym etapie nie wolno go było jeść, należało mieszać i dmuchać, aż do wystygnięcia, prosząc – no szybciej, szybciej. Po ostygnięciu zupa z krochmalu przypominała miękką kulę glutenu. Cięło się ją na paski, przy pociągnięciu zachowywały się jak guma, i połykało. Nie dało się tego pogryźć, można było jedynie połykać małe kawałki. Nie miało to żadnych wartości odżywczych, ale nie było też trujące. Wypełniało puste kiszki i oszukiwało głód, podobnie jak w niektórych miejscach ludzie jedzą białą glinkę. Po zjedzeniu można było oszukać głód nawet przez trzy dni. Ponieważ żołądek nie trawił gumowatych pasków, to organizm nie był stanie sam tego wydalić i trzeba było dołożyć jakieś zielska czy trawy na wierzch. Absolutnie nie wolno było pić przed zastygnięciem. Jeśli ktoś to zrobił, to zastygała w żołądku kamieniejąc razem z innymi liśćmi, warzywami, ziarnami w twardą bryłę i zatykając na amen kiszki. Przypuszczam, że w Jiabiangou i Mingshui co najmniej kilkanaście osób zmarło po wypiciu zupy z krochmalu. Niektórzy z braku doświadczenia, umierali po pierwszym spożyciu, niektórzy brzydzili się połykania kawałków. Nie doceniając mocy ścinania się zupy myśleli, odrobina mi nie zaszkodzi, nic się nie stanie.

Naprawdę się przestraszyłem i powiedziałem: Nie wiesz, że nie można tego pić? Odpowiedział: Z głodu nie mogłem już się doczekać, zanim ostygło wypiłem kilka łyków. Zły zapytałem: Ile, odpowiedział: Pół czarki.

Co robić?

Powiedział, że podobno pomaga olej rycynowy. Wiem, rycyna pomaga przy zaparciach, zamienia treść w jelitach w płyn i usuwa go z organizmu. Natychmiast pobiegłem do obozowego lekarza, ale ten mnie zwymyślał: Wszyscy maja taką sraczkę, że wysrywają flaki, a ty chcesz lekarstwa na zaparcie, skąd ja ci to wezmę!

Lekarz miał rację, większość chorych w obozie ponieważ jadła różne świństwa cierpiała na dyzenterię. Niektórzy robili pod siebie w łóżka, umierali po kilku dniach.

Przygnębiony wróciłem do jamy, powiedziałem: Wen Daye, jak nie chcesz żyć to umieraj, trudno. Jak chcesz, to pomogę ci wydłubać.

Jeszcze w Jiabiangou nawzajem sobie pomagaliśmy wydłubując kupy. Nadludzka praca fizyczna sprawiała, że nasze ciała wysychały na wiór, dzienne racje jedzenia – 12 liangów ziarna nie było w stanie zaspokoić zapotrzebowania organizmu na kalorie. Dlatego wpychaliśmy do żołądków wszystko, co naszym zdaniem miało wartość odżywczą – plewy, liście, ziarna traw. Były to rzeczy trudne do strawienia, ponadto nasze jelita od dawna straciły elastyczność, dlatego wydalanie stało się niesamowicie bolesną czynnością. Za każdym razem kucaliśmy pół dnia nad dołem, natężając się z całych sił byliśmy w stanie wypchnąć z siebie parę bobków. Wymyślając sobie nawzajem niektórzy mówili: Jak bekasz to jedzie ci z ust trawą! Co znaczyło, nie jesteś człowiekiem tylko pożerającym trawę bydlęciem. To, co z siebie wydalaliśmy, przypominało kupy osła – kulki z trawy. Często po kucaniu pół dnia, kiedy nic nie dało się wypchnąć, niezbędna była czyjaś pomoc i współpraca. Jeden klatką opierał się o ziemię i wypinał tyłek do góry, drugi z tyłu wydłubywał. Większość z nas miała specjalne narzędzie – drewnianą łyżkę wystruganą z twardego drewna czerwonej wierzby, kształtem przypominała dłubaczkę do uszu, tylko była od niej kilkukrotnie większa. Ci, co nie mieli specjalnego przyrządu, używali łyżki do jedzenia.

Kiedy Wen Daye opowiedział mi o zdarzeniu, sprawy przybrały już poważny obrót. Podbrzusze miał wydęte i okrągłe, ale nie był stanie nic wydalić. Od razu poszedłem z nim na zewnątrz, położył się na kopczyku ziemi, wypiął tyłek, klęknąłem za nim i zacząłem pracę. Mimo długich starań nie udało mi się nic wydłubać. W brzuchu Wen Daye było dużo liści nasion i tego typu rzeczy, „zupa” scaliła je wszystkie razem i powstała wielka twarda kula. Średnica bryły była znacznie większa od średnicy odbytu, utknęła i nie dało się jej wyciągnąć. Próbowałem rozbić ją na części i wyciągać po kawałku, ale mi się nie udało. Jak tylko silniej uderzałem, bryła się przemieszczała, jak robiłem to delikatnie, Wen Daye bez przerwy jęczał z bólu. Rezultat był taki, że moim narzędziem poraniłem mu odbyt do krwi, a bryła, tak jak na początku, tkwiła nienaruszona.

Brzuch Wen Daye puchł bez ustanku. Po sześciu dniach zmarł „z opuchlizny”. Owinęliśmy ciało w koc i położyliśmy na zewnątrz jamy. Po południu ekipa zajmująca się grzebaniem przyjechała konnym wozem, załadowali zwłoki i pochowali je na północnym krańcu wąwozu.

Reklamy