Chiński Kafka w spódnicy – ziszczone koszmary senne

Posted on 14 lutego 2011 - autor:

0


Can Xue „Ulica Żółtego Błota” tłumaczenie Katarzyna Sarek

Pamiętam nadzwyczaj wyraźnie ulicę Żółtego Błota na obrzeżach miasta, ale wszyscy mówili, że nie istnieje.

Poszedłem jej szukać. Brnąłem przez żółty kurz, przecinałem przysypane żółtym pyłem ludzkie cienie, poszedłem szukać ulicy Żółtego Błota.

Pytałem napotkanych ludzi: „Czy to jest ulica Żółtego Błota?” patrzyli na mnie źrenicami zdechłych ryb i nikt nie odpowiadał.

Mój cień poruszał się chwiejnie po rozżarzonym asfalcie ulic, słońce wypaliło do sucha moje oczy, źrenice zastygły nieruchomo jak szklane kulki. Może też zamieniły się w oczy zdechłych ryb? Z trudem rozróżniałem ludzi.

Dotarłem do jakiejś ulicy pełnej zrujnowanych domów, na poboczu leżało kilku żebraków. Przypomniałem sobie na której zniszczonej framudze była pajęczyna. Ale stary żebrak powiedział: „Przędziorek? Który rok teraz mamy?” Zielonogłowa mucha wielka jak chrabąszcz wypadła z jego włosów.

Czarny popiół leciał z nieba jak śmieci, słony i trochę zalatujący siarką. Z naprzeciw nadbiegł chłopiec, wydłubując z nosa popiół powiedział: „Zmarło dwoje na raka, tam.”

Poszedłem za nim. Zobaczyłem stalowe drzwi zżarte rdzą, rząd wron siedział na ostrych prętach, wiercący w nozdrzach trupi smród unosił się w powietrzu.

Żebracy już posnęli, przez sen cmokali i ssali kwaśnawy popiół.

Miałem sen, był zielonym wężem, miękko i lodowato zsuwał się z moich ramion.

O ulicy Żółtego Błota i fabryce S

Ulica Żółtego Błota była wąska i długa. Po obu stronach tłoczyły się rozpadające się domki o najróżniejszych postaciach: zbudowane z ziemi albo drewna, pokryte strzechą albo dachówkami, z potrójnymi albo podwójnymi oknami, frontem albo bokiem do ulicy, ze schodkami albo bez, z ogródkiem albo bez i tak dalej. Każdy dom miał swoją nazwę, na przykład „Sklep z alkoholem rodziny Xiao”, „Przyprawy rodziny Luo”, „Herbaciarnia rodziny Deng”, „Makaron rodziny Wang” i tak dalej. Wnioskując z nazw, ludzie z ulicy Żółtego Błota kiedyś mieli okres prosperity. Ale teraz, pamięć mieszkańców do tego stopnia przypominała ich spróchniałe i zgniłe domy, że nikt nie pamiętał niegdysiejszych tłustych lat.

Ponieważ z nieba nieustannie leciał drobny smolisty popiół, ulica Żółtego Błota była wiecznie brudna. Popiół skąd się brał, nie wiadomo. Przez cały rok bezustannie leciał z nieba. Nawet deszcz padał czarny. Domki wyglądały jakby wyrosły z ziemi, umazane błotem od góry do dołu, z prawie niewidocznymi oknami. Przez popiół, wszyscy przechodnie nieustannie trzymali coś nad głową. Przez popiół, większość mieszkańców miała czerwone oczy, większość bez przerwy kaszlała.

Ludzie z ulicy Żółtego Błota nigdy nie zauważali różnic w kolorze nieba, niebieskiego, błękitnego, srebrnego, ognistego, ponieważ nad ich głowami zawsze panował jeden odcień – szary z domieszką żółtego – kolor starego, spłowiałego żagla.

Nigdy nie widzieli majestatycznego wschodu, ani wzniosłego zachodu. W ich małych, przyciemnionych oczach słońce zawsze było małą, żółtą kulką biegającą po niebie, wiecznie taką samą. Mówili jedynie: „Dzisiaj jest słonecznie”. „Dzisiaj nie ma słońca”. „Dzisiaj jest piękne słońce”. „Dzisiaj słońce jest takie sobie”. Kiedy nadchodziła pełnia lata, na zewnątrz prażyło jak w piecu, a domy zmieniały się w parowary, zrzędzili przez zaciśnięte zęby: „Wysuszy nas na wióry”.

Na ulicy Żółtego Błota sprzedawano zgniłe owoce. Nie wiadomo dlaczego, zaraz po przywiezieniu natychmiast zaczynały gnić: zgniłe jabłka, zgniłe gruszki, zgniłe pomarańcze, zgniłe brzoskwinie, zgniłe mandarynki, zgniłe winogrona itd., sprzedawali co było. Nad ulicą cały rok unosił się uwodzicielsko słodki zapach popsutych owoców, przechodnie mieli usta pełne śliny. Mieszkańców nie było stać na owoce, nawet zgniłe. Gdy małe dzieci marudziły, straszyli je: „Od jedzenia zgniłków dostaje się raka!”. Chociaż się go bali, to i tak czasem kupowali parę sztuk i zaznawali rozkoszy podniebienia.

Na ulicy Żółtego Błota mieszkało wielu ludzi, śmieci także było pod dostatkiem. Najpierw wrzucano je do rzeki, wartki nurt natychmiast je porywał i było czysto, czyściusieńko. Pewnego dnia podczas ulewy jedna staruszka korzystając, że nikt nie widział, ukradkiem wyrzuciła przed wejściem do sklepu pełną szuflę popiołu, mówiąc: „Popiół to nic takiego”. Inni natychmiast to zauważyli. Drugi, trzeci, czwarty poszli w jej niecne ślady. Niby nikt nie widział wyrzucania, ale każdy widział jego rezultaty. Śmieci piętrzyły się coraz wyżej, aż powstała mała góra. Początkowo wyrzucano tam tylko popiół, potem zgniłe kapuściane liście, stare buty, potłuczone butelki, dziecięce kupy. Gdy padał deszcz, czarna i śmierdząca woda przepływała ulicę i przelewała się przez próg czyjegoś domu, ktoś klął na czym świat stoi: „Moją chałupę zrobili za kubeł na śmieci! Nóż wbili w plecy! Dobra, jutro napisze doniesienie i zaniosę je do miasta!”, ale gdzie tam miał czas, codziennie zarobiony jak wół. Zajęty, zalatany, wiecznie zapominał o złożeniu skargi. Aż do kolejnej ulewy, kiedy przypominał sobie o donosie, ale oczywiście znów nie szedł, bo wstrzymywały go inne zajęcia.

Mieszkańcy ulicy Żółtego Błota byli tchórzliwi jak zające, ale uwielbiali koszmary senne. Codziennie chodzili po domach i opowiadali co im się śniło, jak bardzo się bali, co dudniło po nocy, co zwiastują ich sny. Snuli opowieści, aż bladły im twarze a oczy wychodziły z orbit. Podobno ktoś przez cztery pięć dni nieustannie opowiadał o swoich majakach, ostatni raz gdy je relacjonował, nagle zesztywniał i padł bez czucia. Dopiero na sekcji wyszło, że pękła mu wątroba. „Gdy coś leży na duszy nie wolno tego dusić w sobie” ostrzegała babka grożąc palcem, „wyżalić się, wywnętrznić i będzie dobrze”.

Mieszkańcy ulicy Żółtego Błota uwielbiali zastawiać „pułapki”, mówili, że na złodziei, ale zazwyczaj sami w nie wpadali. Na przykład babcia Qi, nad futryną zawieszała termos pełen bulgoczącego wrzątku. Raz otworzyła drzwi, ukrop lunął w jej kierunku, do dzisiaj na stopie ma olbrzymią bliznę.

Zwierzęta z ulicy Żółtego Błota lubiły popadać w szaleństwo. Nieważne czy kot czy pies, potrzymane chwilę w domu dostawały wścieklizny, biegały i skakały jak szalone, gryzły napotykanych ludzi. Dlatego jak tylko jakiś kot czy pies oszalał, wszyscy zamykali się w domach i nie śmieli wystawiać nosa za drzwi. Jednak wściekłe bydlę zawsze potrafiło wyskoczyć z morderczymi zamiarami z najmniej spodziewanego zakamarka. Kiedyś oszalały pies jednym kłapnięciem przyczynił się do śmierci dwojga ludzi, bo stali w kolejce i dotykali się nogami.

Mieszkańcy ulicy Żółtego Błota lubili grubo się ubierać. Nawet latem nosili waciaki, mówili, że jedna warstwa ubrania „powiewa na wietrze”, w duszy jest „wiecznie niespokojnie”, trzeba „się wymacerować, rozgonić choróbska”. A nawet jak coś złapie, wystarczy się wypocić i ręką odjął. Pewnego lata jeden staruszek poczuł straszne swędzenie na plecach, ściągnął waciak i zobaczył, że w środku zalęgło się mnóstwo robaków i wypełzały na zewnątrz. Staruszek i tak żył dobrze ponad 80 lat. Zawsze kiedy zgrzane dziecko chciało się rozebrać, dorośli wrzeszczeli: „Śmierci szukasz? Życie ci niemiłe?”

Mieszkańcy ulicy Żółtego Błota rzadko jeździli do miasta, niektórzy nigdy do niego nie dotarli. Podobno miasto wcale nie istniało, była tylko ulica Żółtego Błota, dlatego wszyscy mieszkańcy na niej się urodzili i dorośli, a z miastem nie mieli nic wspólnego. Na przykład taki stary Hu San, nigdy w życiu nie był w mieście. Za każdym razem gdy ktoś poruszał ten temat, przymykał brązowawe oczy, wycierał ropę z kącików i senny odpowiadał: „Dawniej z nieba spadały smakołyki, nawet w rynsztokach pływały kawały tłustego mięsa, wystarczyło się schylić po jedzenie. Każda rodzina hodowała wielkiego karalucha, który jak człowiek siedział przy stole i jadł obiad…. Czemu tak się dopytujesz? Co myślisz o przyszłości frakcji reakcjonistów?”

残雪 《黄泥街》

出版社: 长江文艺出版社

出版年: 2001-5

页数: 366

Advertisements