Dziennik szaleńca

Posted on 16 lipca 2011 - autor:

0


Lu Xun Dziennik szaleńca

tłumaczenie Katarzyna Sarek

W szkole średniej przyjaźniłem się z dwoma braćmi, nazwiska których wolę pozostawić nieznane. Minęło wiele lat i kontakty ustały wraz z upływem czasu. Niedawno przez przypadek dowiedziałem się, że jeden poważnie zachorował. Kiedy pojechałem w rodzinne strony, skorzystałem z okazji i udałem się do nich z wizytą. Zastałem tylko starszego, który powiedział, że zachorował młodszy. Podziękował mi za fatygę i troskę i opowiedział o bracie, który już wyzdrowiał i wyjechał, oczekując na zwolnienie się wakatu w administracji. Ponieważ śmiałem się z zakłopotania, wyciągnął dziennik spisany w dwóch zeszytach, abym sam mógł poznać rodzaj choroby, na którą cierpiał. Nie miał nic przeciwko, aby stary przyjaciel go przeczytał. Gdy po powrocie do domu przejrzałem zapiski, stało się dla mnie jasne, że chory cierpiał na rodzaj manii prześladowczej. Język był bez ładu i składu, pełen zmyśleń i fantasmagorii. Nigdzie nie zapisywał dat, jedynie kolor atramentu i styl pisma świadczyły, że dziennik nie powstał za jednym zamachem. Dla celów medycznych wybrałem fragmenty, które dały się połączyć w spójną całość. Nie poprawiłem ani jednego błędu autora; zmieniłem jedynie nazwiska opisywanych postaci, bo choć są to osoby nieznane, to ich dane nie mają większego znaczenia. Pozostawiłem również oryginalny tytuł nadany przez samego autora już po dojściu do zdrowia.

2 kwietnia siódmego roku Republiki (1918)

I

Piękny księżyc świeci dziś wieczorem.

Nie widziałem go od ponad trzydziestu lat. Gdy dziś na niego spojrzałem, poczułem się tak lekko, tak rześko. Zrozumiałem, że przez trzydzieści kilka lat śniłem na jawie. Ale muszę zachować ostrożność. Dlaczego pies z obejścia Zhao tak się we mnie wpatruje?

Mój strach nie jest bezpodstawny.

II

Dziś nie świeci księżyc. Wiem, że to zły omen. Gdy rano ostrożnie wyszedłem za bramę podwórza, Zhao Guiwang spojrzał na mnie tak dziwnie, ze strachem i groźbą zarazem. Kilkoro innych ludzi zbliżyło się do siebie i szeptało na mój temat. Śmiali się z szeroko otwartymi ustami, od stóp do głów przeszedł mnie zimny dreszcz. Zrozumiałem, że już mają plan i wszystko jest gotowe.

Nie przestraszyłem się jednak i dalej szedłem swoją drogą. Grupka dzieci przede mną też rozmawiała o mnie, wzrok miały taki sam jak Zhao Guiwang i zacięte, mroczne twarze. Pomyślałem, że widocznie coś im złego zrobiłem i dlatego tak się zachowują. Nie wytrzymałem i krzyknąłem:

– Powiedzcie mi!

Ale dzieci od razu uciekły.

Pomyślałem, że zawiniłem wobec Zhao Guiwanga i zawiniłem wobec ludzi na drodze, bowiem dwadzieścia lat wcześniej zdeptałem starożytne księgi i Pan Przeszłość bardzo się rozzłościł. Zhao Guiwang, chociaż go nie zna, z pewnością słyszał plotki i zapragnął go pomścić. Umówił się z tymi na drodze i podburzył ich przeciwko mnie. Ale dzieci? Wtedy nawet nie było ich na świecie. Dlaczego dzisiaj tak dziwnie się we mnie wpatrują, ze strachem i wrogością? To mnie przeraziło, zaskoczyło i bardzo zraniło.

Nagle zrozumiałem. To rodzice je tak nauczyli.

III

 Nocami nie mogę spać. Wszystko muszę przemyśleć, aby dotrzeć do sedna.

Oni… ludzie skazywani na zakucie w dyby przez urzędników, bici po twarzach przez panów, którym yamen zabrał żony i dzieci, a lichwiarze wpędzili do grobów rodziców, oni wszyscy nigdy nie mieli tak przerażonych i okrutnych twarzy, jak ci spotkani wczoraj.

Najdziwniejsza była jedna z kobiet, biła syna i syczała:

– Ty złe nasienie! Ulży mi, dopiero jak cię zjem!

Ale patrzyła wtedy na mnie. Przeraziłem się i nie zdołałem tego ukryć. Tłum o sinych twarzach ryknął gromkim śmiechem. Stary Hen przybiegł i zaciągnął mnie do domu.

Do domu, do domu. Ale tam wszyscy udawali, że mnie nie znają, ich twarze były takie same jak innych. Gdy wszedłem do gabinetu, zamknął za mną drzwi od zewnątrz, jak za kurą czy kaczką w kurniku. Nie mogłem pojąć, o co tak naprawdę chodzi.

Kilka dni temu nasz dzierżawca ze wsi Wilczek przyszedł z wieściami o głodzie. Powiedział mojemu bratu, że w wiosce pobito na śmierć pewnego złego człowieka. Kilkoro ludzi wyrwało mu serce i wątrobę, usmażyło i zjadło, aby stać się bardziej odważnymi. Kiedy się wtrąciłem, obaj kilka razy spojrzeli na mnie. Dopiero dzisiaj zrozumiałem, że ich wzrok był taki sam jak bandy na drodze.

Oblałem się zimnym potem.

Jeśli oni mogą jeść ludzi, równie dobrze mogę być następny.

Słowa kobiety – „jak cię zjem”, wściekłe twarze na dworze, rozmowa z dzierżawcą sprzed kilku dni… widać jak na dłoni, że to są umówione sygnały. Z ich słów kapie trucizna, w uśmiechu lśni nóż. Rzędami białych zębów zjadają ludzkie mięso.

Osobiście nie uważam się za złego człowieka, ale od czasu zdeptania ksiąg, sam już nie wiem. Oni mają swoje sekretne myśli, których nie jestem w stanie odgadnąć. Mogą zmienić zdanie w każdej chwili i kogokolwiek uznać za złego człowieka. Pamiętam, że kiedy mój brat uczył mnie pisać wypracowania, gdy oskarżałem cnotliwego, podwyższał mi notę, gdy zaś broniłem łotra, mówił:

– Co za rewolucyjne poglądy, nie ma takiego drugiego jak ty na świecie.

Jakże mogę odgadnąć co knują, zwłaszcza, kiedy pragną kogoś pożreć?

Wszystko należy starannie przemyśleć, aby dojść do sedna. Dawnymi czasy jadano ludzi, przypominam sobie, choć niebyt dokładnie. Przerzuciłem stronice historycznych ksiąg, ale nie znalazłem żadnych dat, jedynie na każdej karcie wypisane wyrazy „humanitarność, sprawiedliwość, prawość, cnota”. Dopiero w połowie bezsennej nocy i wpatrywania się w tomy, zauważyłem znaki pomiędzy liniami, każda z ksiąg była pełna słów – „jeść ludzi”!

Te wszystkie słowa, z książek i z rozmowy z dzierżawcą, wpatrywały się we mnie z dziwnym uśmieszkiem.

Ja też jestem człowiekiem, oni chcą mnie zjeść!

IV

 Rankiem siadłem sobie spokojnie na chwilę. Stary Chen przyniósł mi śniadanie, czarkę warzyw i ryby ugotowanej na parze. Ryba o białych i twardych oczach, miała otwarty pysk, dokładnie tak samo jak tamci ludzie, co chcą jeść innych. Zjadłem parę kęsów, śliskie kawałki ni ryby, ni człowieka, urosły mi w ustach i wszystko zwymiotowałem.

Powiedziałem:

– Chen, przekaż mojemu bratu, że jestem przybity i niespokojny i chciałbym przejść się po ogrodzie.

Nic nie odpowiedział i wyszedł. Po chwili jednak wrócił i otworzył drzwi.

Nie drgnąłem, rozważając, jaką pułapkę zastawili na mnie. Byłem pewien, że nie pozwolą mi wyjść. Rzeczywiście! Mój brat przyprowadził jakiegoś starca. Szedł powoli krok za krokiem. Ponieważ bał się, abym nie zauważył złowrogiego blasku jego oczu, zbliżał się z opuszczoną głową, zerkając po kryjomu spod okularów. Brat powiedział:

– Dziś chyba czujesz się dobrze.

– Tak – potwierdziłem.

– Poprosiłem pana He, aby przyszedł cię zbadać.

– Dobrze – odparłem. W rzeczywistości wiedziałem, że ten staruch to przebrany kat! Niby badając puls, miał stwierdzić, czy jestem wystarczająco tłusty, a za wykonaną pracę dostanie kawałek mojego ciała. Nie przestraszyłem się jednak, nawet nie będąc kanibalem, miałem więcej od nich odwagi. Wyciągnąłem obie pięści, patrząc, co uczyni. Usiadł, zamknął oczy, chwilę badał puls, potem zastygł na moment i otwierając swoje diabelskie ślepia, powiedział:

– Proszę za dużo nie rozmyślać. Kilka dni spokojnego odpoczynku i problemy znikną.

Nie rozmyślać i odpoczywać! Chcą mnie utuczyć, żeby było więcej jedzenia! Jakie problemy „znikną”? Banda kanibali, chcą mnie zjeść, ale nie śmią zaatakować od frontu, jedynie potajemnie i skrycie knują. Chcą chyba, żebym umarł ze śmiechu. Nie zdzierżyłem i wybuchnąłem radosnym chichotem. Sam usłyszałem w nim prawość i odwagę. Staruch i brat stracili rezon, przygniecieni przez moje morale.

Ale im jestem odważniejszy, tym bardziej rosną ich apetyty, chcą przejąć choć trochę mojej odwagi. Starzec jednym susem przesadził próg, ale nie odszedł daleko i szepnął do brata:

– Zjedzmy jak najszybciej!

Ten skinął głową. Ty też! To przełomowe odkrycie chociaż wydawało się niezwykłe, było do przewidzenia – wśród planujących mnie zjeść kanibali znajduje się mój brat!

Mój brat jest kanibalem!

Jestem bratem kanibala!

Nie dość, że zostanę zjedzony, to na dodatek jestem bratem ludożercy!

V

Przez kilka dni myślałem nad moimi podejrzeniami. Przypuśćmy, że nawet jeśli ten staruch nie był przebranym katem, lecz lekarzem, to i tak przecież może być kanibalem. Patron lekarzy Li Shizhen w dziele „Księga…”, czegoś tam, chyba roślin, napisał wyraźnie, że można smażyć i jeść ludzkie mięso. Jak on może w takim razie twierdzić, że tego nie robi?

Co do mojego brata, to bynajmniej nie krzywdzę go posądzeniami. Kiedy uczył mnie, sam powiedział, że można „wymieniać dzieci, aby je zjeść”. Innym razem, kiedy przypadkowo w rozmowie padło imię pewnego podłego człowieka, stwierdził, że zabić go to za mało, należy go „zjeść i spać na jego zdartej skórze”. Byłem wtedy małym dzieckiem i przez wiele godzin moje serce trzepotało jak przerażony ptak. I ta historia o wyrwanych wnętrznościach opowiedziana przez dzierżawcę ze wsi Wilczek, wcale się nie zdziwił, jedynie potakiwał. Widać, że jest okrutny jak dawniej. Skoro można „wymieniać dzieci, aby je zjeść”, to czemu nie wymieniać i zjadać, kogo się chce? Dawniej wysłuchiwałem jego wywodów i nie przykładałem do nich wagi, dzisiaj wiem, że kiedy to mówił, nie tylko miał ludzki tłuszcz na ustach, ale także serce pełne marzeń o jedzeniu ludzi.

VI

Ciemno, choć oko wykol, nie wiem czy to dzień czy noc. Pies od Zhao znów zaczął szczekać.

Okrucieństwo lwa, tchórzliwość zająca, przebiegłość lisa…

VII

Znam ich sposoby. Nie chcą szybko mnie zabić, zresztą nie mają odwagi ze strachu przed konsekwencjami. Dlatego wszyscy działają w zmowie i oplątują mnie siecią, żeby doprowadzić do samobójstwa. Obserwując ludzi na ulicy sprzed paru dni i zachowanie mojego brata, jestem tego prawie pewien. Najlepiej by było, gdybym odpiął pas, przywiązał go do belki pod sufitem i sam się powiesił. Spełniłoby się ich marzenie i nie mieliby krwi na rękach. Byliby wtedy przeszczęśliwi i zaśmiewaliby się z radości. Jeśli umrę ze strachu albo melancholii, co prawda będę wtedy chudszy, ale i tak to zaakceptują.

Oni mogą jeść tylko zwłoki! Pamiętam, że w jakiejś książce wspomniano zwierzę, nazwane „hyena”, o ohydnej postaci i strasznym spojrzeniu. Zazwyczaj zjada padlinę, potrafi przeżuć na miazgę i połknąć nawet najgrubsze kości, na samą myśl o tym ogarnia mnie przerażenie. „Hyena” jest z rodziny wilka, ten zaś to krewny psa. Kilka dni temu kundel z obejścia Zhao przyglądał mi się z uwagą, najwidoczniej dawno temu dołączył do spisku. Staruch wpatrywał się w ziemię, ale nie oszukał mnie.

Najbardziej mi żal mojego brata, też jest przecież człowiekiem, dlaczego wcale się nie boi i na dodatek spiskuje, żeby mnie zjeść? Czy robi to od tak dawna, że przestał dostrzegać w tym zło? Czy ma już serce z kamienia i świadomie jest nikczemny?

Przeklinam ludożerców, zaczynając od mego brata. Jeśli chcę ich nawrócić, również od niego muszę zacząć.

VIII

Prawdę mówiąc, argumenty tego rodzaju powinny ich przekonać już dawno temu…

Nagle pojawił się jakiś człowiek, około dwudziestoletni, nie widziałem wyraźnie twarzy, ale była pełna radości. Skinął mi głową, ale jego uśmiech wydał mi się fałszywy. Zapytałem:

– Czy prawe jest jedzenie istot ludzkich?

Nie przestając się uśmiechać odpowiedział:

– Przecież nie panuje głód, jakżesz można jeść ludzi.

Natychmiast zrozumiałem, że jest jednym z nich, ludożercą. Zebrałem w sobie całą odwagę i znów zadałem pytanie:

– Czy to jest prawe?

– Skąd takie pytanie…, Co za poczucie humoru…  Piękną pogodę dziś mamy.

Rzeczywiście była ładna pogoda, księżyc też pięknie świecił, ale ja powtórzyłem:

– Czy to jest prawe?

Zdezorientowany zbaczał mamrotać:

– Niee..

– Nie jest? Dlaczego więc jedzą?

– Nic takiego nie ma miejsca…

– Nie ma? We wsi Wilczek jedzą, w książkach też o tym piszą, czarno na białym!

Zbladł i zmienił się na twarzy. Wbijając we mnie wzrok powiedział:

– Może kiedyś się zdarzało, ale to przeszłość…

– Przeszłość…, ale czy to jest prawe?

– Nie będę o tym z tobą rozprawiał. Nawet nie powinieneś o tym wspominać, bo jesteś w błędzie!

Skoczyłem na równe nogi i otworzyłem szeroko oczy, ten człowiek zniknął. Spociłem się jak mysz. Był sporo młodszy od mojego brata, ale też należał do tej bandy. Musiał się tego nauczyć od rodziców, co gorsza już pewnie przekazał to swoim potomkom. Dlatego nawet małe dzieci patrzą na mnie okrutnym wzrokiem.

IX

Chcą pożerać ludzkie mięso, a zarazem boją się bycia pożartym, patrzą na siebie z głęboką nieufnością, pilnują się nawzajem…

Pozbyć się tego lęku, spokojnie pracować, spacerować, jeść i spać, co może się równać z taką przyjemnością. Istnieje tylko jedna przeszkoda, jedna zawada. Rodzice, dzieci, małżonkowie, przyjaciele, uczniowie, nauczyciele, wrogowie i całkiem sobie obcy ludzie połączyli się w spisku, nawzajem się popychają i nie cofają o krok z wybranej drogi.

X

Wcześnie rano poszedłem szukać mojego brata. Stał na zewnątrz przy drzwiach patrząc w niebo. Podszedłem od tyłu i stanąłem między nim a drzwiami i zwróciłem się do niego wyjątkowo łagodnie i spokojnie:

– Bracie, chciałbym ci coś powiedzieć.

– Słucham więc – szybko odwrócił się i skinął głową.

– Tylko kilka słów, ale ciężko mi je wydusić.  Bracie, chyba wszyscy ludzie pierwotni byli kanibalami. Później niektórzy zmienili swoją mentalność i porzucili ludożerstwo, pragnęli stać się ludźmi, prawdziwymi ludźmi. Inni zaś wciąż zjadali się, jak gady. Inni zamienili się w ptaki, ryby, małpy i ostatecznie w istoty ludzkie. Niektórym nie chciało się zmieniać i pozostali gadami. Jakżesz muszą się wstydzić ludożercy porównując się z tymi, co odżegnują się od ludzkiego mięsa! Jeszcze bardziej niż gady wobec małp!

        Wieki temu Yi Ya ugotował swego syna i poczęstował nim Jie i Zhou, ale to zamierzchłe czasy. Wszyscy wiemy, że zdarzało się to od rozdzielnia nieba i ziemi przez Pan Gu do syna Yi Ya, od syna Yi Ya do czasów Xu Xilin, od czasów Xu Xilin aż do czasów mężczyzny zjedzonego w wiosce Wilczek. W zeszłym roku, gdy stracono skazańca w mieście, pewien gruźlik oblizywał namoczoną w jego krwi bułkę.

       Oni chcą mnie zjeść. Ty jeden bracie nie jesteś w stanie nic z tym zrobić, ale czemu do nich dołączyłeś? Ludożercy są zdolni do wszystkiego. Jeśli mogą zjeść mnie, mogą też ciebie, i siebie nawzajem. Ale można się cofnąć, chcieć się zmienić. Wtedy mógłby zapanować spokój między ludźmi. Chociaż od wieków tak się dzieje, możemy przecież dzisiaj powiedzieć – koniec, tak być nie może! Bracie, jestem pewien, możesz się temu sprzeciwić. Kiedy kilka dni temu dzierżawca prosił o obniżenie czynszu, to odparłeś – tak być nie może.

        Na początku jedynie zimno się uśmiechał, potem jego wzrok stawał się coraz bardziej morderczy, kiedy zaś obnażyłem ich spisek, krew uciekła mu z twarzy. Przed bramą stał tłum ludzi, Zhao Guiwang i jego pies też tam byli. Wszyscy wyciągali szyje i zaglądali do środka. Twarzy niektórych nie mogłem dostrzec, jakby były zakryte welonem, inni, po staremu sinobladzi, zakrywali śmiejące się usta. Wiedzialem, że to jedna zgraja pożeraczy ludzkiego mięsa. Ale wiedziałem również, że nie wszyscy myślą jednako. Niektórzy chcieli jeść ludzi, bo zawsze tak się działo, niektórzy wiedzieli, że to niewłaściwe, ale wciąż mieli ochotę, ponadto bali się zdemaskowania. Dlatego, choć moje słowa ich złościły, nie byli w stanie nic uczynić i dlatego maskowali swój zimny uśmiech.

        Wtedy brat nagle krzyknął ukazując swoje prawdziwe oblicze:

       – Won! Koniec zabawy z wariata!

Wtedy zrozumiałem bezmiar ich sprytu. Nie tylko nie zamierzali się poprawić, ale gdy wyjawiłem ich knucia, to, aby mnie uciszyć, wyciągnęli jak z rękawa przygotowaną wcześniej łatkę szaleńca. Kiedy w przyszłości mnie zjedzą, nie dosyć, że nikogo to nie wzburzy, to nawet niektórzy będą im wdzięczni. Pożarcie złego człowieka – oto ta sama metoda, co we wsi Wilczek. To ich stare sztuczki!

        Stary Chen też przybiegł sapiąc ze złości. Chciał zatkać mi usta, ale ja musiałem skończyć, to, co zacząłem.

        – Możecie się zmienić, zacznijcie od swoich serc! Zrozumcie, że w przyszłości na świecie nie będzie miejsca dla ludożerców.

       – Jeśli się nie zmienicie, sami kiedyś możecie zostać zjedzeni. Nie ważne jak wiele dzieci spłodzicie, to prawdziwi ludzie je zniszczą jak gady, jak myśliwi wilki!

        Stary Chen rozpędził tłum. Mój brat też gdzieś zniknął. Stary Chen nakłonił mnie do powrotu do pokoju. W środku było ciemno jak w grobie, belki i krokwie kołysały się nad mą głową, po chwili zaczęły się powiększać i przygniotły mnie całego.

        Przygnieciony, nie mogłem się ruszać. Chcieli mojej śmierci. Wiedzialem, że to tylko złudzenie i walczyłem, aby się wyswobodzić. Cały zlałem się potem, ale mogłem mówić:

        – Zmieńcie się natychmiast, zacznijcie od serc! Zrozumcie, że w przyszłości na świecie nie będzie miejsca dla ludożerców…!

XI

Słońce nie wschodzi, drzwi nieotwierane, jedynie dwa posiłki każdego dnia.

Gdy podniosłem pałeczki do ust, zacząłem myśleć o moim bracie. Wiem już na pewno, że to on stoi za śmiercią naszej siostrzyczki. Mam ją wciąż przed oczami, słodką i bezbronną pięciolatkę. Matka szlochała bez końca, on zaś prosił ją, żeby przestała. Zapewne sam ją zjadł, a płacz matki sprawiał, że czuł się zawstydzony. O ile był jeszcze w stanie odczuwać wstyd…

       Mój brat zjadł moja siostrę, nie wiem czy matka o tym wiedziała…

       Myślę, że jednak tak, ale nic nie mówiła przez łzy, bo uważała, że to jest słuszne. Pamiętam jak miałem cztery czy pięć lat i siedziałem w chłodzie gabinetu, brat opowiadał, że gdy rodzice zachorują, to dzieci, jeśli chcą dobrze wypełnić synowskie obowiązki, mają obowiązek wykroić kawał własnego ciała i ugotować go dla nich. Matka nie zaprzeczyła. Skoro można zjeść kawałek człowieka, to można naturalnie zjeść całego. Ale na samo wspomnienie jej płaczu, moje serce jest pełne bólu. To naprawdę niemożliwe do objęcia rozumem!

XII

Nie jestem już w stanie myśleć.

Dziś dotarło do mnie, że wyrosłem w kraju gdzie od czterech tysięcy lat jada się ludzi. Kiedy zmarła siostrzyczka, brat zarządzał domem, kto wie, może wmieszał jej mięso do potraw i potajemnie nas nią nakarmił.

Może ja tez nieświadomie zjadłem kilka plasterków jej ciała, a teraz nadeszła moja kolej…

Teraz już wiem, że dźwigając na barkach brzemię czterech tysięcy lat ludożerstwa, nawet, jeśli początkowo nie miałem o tym pojęcia, to nie jestem w stanie spojrzeć w oczy prawdziwemu człowiekowi!

XIII

Może jeszcze są gdzieś dzieci, które nie próbowały ludzkiego mięsa?

Ratujcie dzieci…

Kwiecień 1918

Advertisements