Porozmawiajmy o rewolucji

Posted on 28 grudnia 2011 - autor:

5


„Porozmawiajmy o rewolucji”, „O demokracji” i „O wolności” to tytuły trzech ostatnich wpisów na blogu Han Hana. Popularny bloger i pisarz wyjawia w nich explicite swoje zdanie na najbardziej drażliwe w Chinach tematy. Nie byłoby w tym nic dziwnego, w końcu słynie z ostrych i kontrowersyjnych wypowiedzi, ale tym razem negatywnie zaskoczył swoich fanów. Jego poglądy nie do końca są bowiem zgodne z tym, co zwyczajowo przypisuje się żyjącym z systemem na bakier jednostkom. Dostał pochwałę z ust redaktora Global Times, gazety bardziej partyjnej niż China Daily, i naganę od Ai Weiweia, w oczach którego Han Han „dobrowolnie się poddał”.

Oto tłumaczenie pierwszego z kontrowersyjnych wpisów, dzięki którym przez chińskie media i internet obecnie przetacza się gorąca dyskusja na egzotyczne tamże tematy – rewolucji, demokracji i wolności.

Porozmawiajmy o rewolucji

W ostatnim czasie przejrzałem wiele wcześniej zadawanych mi pytań, często pojawiają się w nich słowa – rewolucja i reformy. Zazwyczaj dziennikarze lubią o nie pytać, ale kończy się to jedynie na jednorazowym wysłuchaniu pytania i odpowiedzi, które potem znikają w publikacji. Nieważne jakich odpowiedzi udzielam, i tak osiemdziesiąt procent z nich nie pojawia się w druku. Ale w tym pierwszym, pisanym podczas zimowego przesilenia, tekście odpowiem na pytania czytelników i przedstawię swoje poglądy na temat rewolucji. Zebrałem tutaj pytania zadawane przez czytelników, jak również przez lokalne i zagraniczne media.

Pytanie: Ostatnio w Chinach często dochodzi do „masowych wystąpień”. Czy uważasz, że Chiny potrzebują rewolucji?

Odpowiedź: W krajach o skomplikowanej strukturze społecznej, zwłaszcza jeśli chodzi o kraje orientalne, z rewolucji na pewno najwięcej skorzystają najbardziej okrutne i bezwględne jednostki.

Szczerze mówiąc, rewolucja jest słowem, które brzmi świeżo, ekscytująco i przywołuje skojarzenie z natychmiastowymi efektami, ale rewolucja niekoniecznie jest dobrym rozwiązaniem dla Chin. Po pierwsze, zaczyna się od żądania, zazwyczaj ma ono związek z walką z korupcją. Ale takie hasło nie ma szans na długie życie. Wolność czy sprawiedliwość – nie ma na nie zapotrzebowania, ponieważ poza pewnymi grupami, artystami czy ludźmi mediów, większość ludzi z ulicy zapytana czy czuje się wolna, potwierdzi, że tak jest. Zapytani, czy chcą sprawiedliwości, odpowiedzą, że jeśli jej brak nie dotyczy ich osobiście, to nic ich to nie obchodzi. Większość ludzi nie spotkało się z niesprawiedliwych traktowaniem, więc ciężko jest ich zmobilizować do szukania wolności czy sprawiedliwości dla innych. W Chinach jest ciężko znaleźć takie kolektywne żądania.

To nie jest kwestia – potrzebna czy niepotrzebna, ani możliwa czy niemożliwa. Moim zdaniem rewolucja w Chinach ani nie jest potrzebna, ani nie jest możliwa. Ale jeśli zapytasz mnie, czy Chiny potrzebują gruntownych reform, to odpowiem, tak, z pewnością.

Pytanie: Dlaczego nie staniesz na czele powstania?

Odpowiedź: Wolne żarty! Nawet gdybym wspierał rewolucję i w Szanghaju wybuchłoby w miarę duże powstanie, władzom wystarczyłoby zablokować internet i komórki i wtedy nie musiałyby nawet sięgać po siły porządkowe. Wściekły tłum, odcięty od czatów na QQ, gier online czy seriali, wystarczyłyby do zmiecenia nas z powierzchni ziemi. Nie myśl, że wspierałbyś mnie na Weibo, gdybyś nie mógł umieszczać wspisów na swoim mikroblogu, po trzech dniach sam mnie znienawidziłbyś.

Pytanie: Czy to znaczy, że Chiny nie potrzebują demokracji ani wolności?

Odpowiedź: To nieporozumienie. Intelektualiści często wiążą te dwa pojecia ze sobą, podczas gdy dla zwykłego Chińczyka efektem demokracji jest brak wolności. W oczach większości wolność nie ma związku z publikacjami, wiadomościami, literaturą, wypowiedziami czy rządami, ale odbierają ją jako swobodę od nakazów publicznej moralności i etyki, np. ci bez koneksji mogą swobodnie hałasować, przechodzić w niedozwolonych miejscach przez ulice czy pluć; ci z lepszymi koneksjami będą swobodnie łamać zakazy, nie przestrzegać reguł i norm, szukać dziur i furtek w prawie, robić, co im się żywnie podoba. Dlatego dopiero wtedy gdy dobra demokracja zaowocuje postępem społecznym i dalszym umocnieniem prawa, wielu Chińczyków, którzy do tej pory nie czuli braku wolności w kulturze, poczuje się nieswojo, jak podczas podróży do Europy czy Stanów. Dlatego uważam, że nie wolno łączyć ze sobą demokracji i wolności. Chińczycy mają swoje specyficzne i unikalne rozumienie wolności i jest to u nas akurat najmniej nośne hasło.

Pytanie: Uważam, że problemy trapiące Chiny są tak poważne, że reformy nie mają już sensu i jedynie rewolucja może naprowadzić społeczeństwo we właściwe tory.

Odpowiedź: Załóżmy, że rewolucja nie została stłumiona, co samo w sobie już jest nieprawdopodobne. Wyobraźmy sobie rewolucję w toku, studenci, masy, elity, intelektualiści, chłopi i robotnicy nie będą w stanie dojść do porozumienia. Przegapiliśmy jedną grupę ludzi – biedaków, których jest obecnie około 250 milionów. Zazwyczaj nie zwraca się na nich uwagi, bo nigdy nie korzystają z sieci. Kiedy rewolucja osiągnie swój środkowy etap muszą pojawić się przywódcy. Rewolucja bez lidera jest skazana na porażkę, czego dobrym przykładem jest sekta Białego Lotosu, a i nawet z liderem, niekoniecznie się dobrze kończy, tu przykładem mogą być Taipingowie. Przywódca w chińskim stylu bynajmniej nie będzie tym miłym i szlachetnym człowiekiem, jakiego sobie wyobrażasz siedząc przed komputerem. Taki lider prędzej będzie dominującym, apodyktycznym, egoistycznym, szalonym i jadowitym prowokatorem. Tak, to brzmi znajomo, Chińczycy mieli już z tym do czynienia, tylko tacy są w stanie wejść na szczyty, bo w tym społeczeństwie przyjęło się, że łotry rządzą, a poczciwcy obrywają. Przywódca wybrany przez młodych intelektualistów nie przetrwałby tygodnia. Im bardziej wykształceni są ludzie, tym mniej są skłonni podporządkować się zwierzchnikom, dlatego najwcześniej porzucą rewolucję. Gdy elity odejdą, nastąpi zmiana w składzie mas rewolucyjnych. Nie ważne, jak piękne hasła głoszono na początku, ostatecznie i tak pozostanie jedno słowo – pieniądze. W łagodniejszej wersji – odajcie nam nasze pieniądze; w ostrzejszej – równość majątkowa zaprowadzona grabieżami. Proszę nie myśleć, że rozwodzę się nad tym, bo mam trochę pieniędzy i boję się je stracić. Podczas rewolucji, ci wszyscy, którzy mają iPhona, jeżdzą motocyklem, surfują po sieci, czytają regularnie gazety, jedzą w KFC czy chociażby przeczytają w internecie ten tekst, zostaną uznani za bogaczy i staną się wrogiem rewolucji. Bogacze ze 100 milionami juanów będą bezpieczniejsi od tych, którzy mają 10 tysięcy. Ci pierwsi, gdy otwierają drzwi, na progu znajdują New York Times, najgorzej będą mieć ci średniozamożni, czy zwykli pracujący ludzie. W przeszłości podczas politycznych kampanii ludzie nawzajem się niszczyli, obecnie respektują jedynie pieniądze, więc teraz będą się niszczyć dla mamony. Tylko to sobie wyobraź. Ponadto Chinczycy lubią wyrównywać rachunki, to również doprowadzi do prześladowań.

Każda rewolucja wymaga czasu, Chiny to tak olbrzymi kraj, pogrążyłby się najpierw w chaosie, wojnach warlordów, politycznej próżni. Po pięciu latach zamętu ludzie zaczęliby wypatrywać dyktatora o żelaznej pięści, który byłby w stanie zaprowadzić ład społeczny i unormować sytuację. To naprawdę robi niewielką rożnicę, czy od ruchu „Niech rozkwitnie sto kwiatów” wrócimy do lektury People’s Daily. Co więcej, wszystkie nasze hipotezy zakładają nacjonalizację armii, dlatego są to czyste fantazje. Jeśli nawet fantazując jesteśmy pesymistami, to chyba lepiej nie robić rewolucji.

Pytanie: Co myślisz o Libii i Egipcie?

Odpowiedź: Libia i Egipt były rządzone dekadami przez dyktatorów, mają niewiele miast, jedno wydarzenie stało się punktem zapalnym, jeden plac na którym wyglaszano przemowy – rewolucja miała szanse na sukces. W Chinach nie ma jednej konkretnej osoby, która mogłaby zostać celem rewolucji. Mamy wiele miast i liczną ludność, wszelkie rodzaje klęsk już miały miejsce, wrażliwość ludzi stępiła się, nie ma co nawet mówić o punkcie zapalnym. Nawet jeśli konflikty społeczne zaostrzyłyby się dziesięciokrotnie, i dziesięciu Havli przemawiałoby w dziesięciu miastach i nawet jeśli władze nie zainterweniowałby, wszystkie te mowy skończyłby w budynku opery Haidian jako mowy sponsorowane przez firmy produkujące cukierki zwilżające gardło.

Oczywiście to wszystko są bzdury. Sedno problemu jest takie, że większość Chińczyków ma w nosie życie innych, zaczynają gardłować dopiero wtedy gdy nieszczęście spadnie na ich własne głowy, nigdy nie uda się ich zjednoczyć.

Pytanie: Twoje poglądy przypominają postawę członków Partii Pięciu Mao (ludzi dostających pięć mao za każdy pozytywny dla władz wpis w internecie – przyp. tłumacza), czy rząd cię przekupił? Dlaczego nie możemy wybierać naszych rządzących w systemie jeden człowiek-jeden głos?

Odpowiedź: W naszym świecie, gdzie wszystko jest na tak lub nie, gdzie albo jest białe albo czarne, albo dobre albo złe, albo jesteś prozachodnim zdrajcą, albo pięciomaowcem, słowo rewolucja brzmi bardzo mocno, ale wcielone w życie może przynieść jeszcze więcej problemów. Wielu ludzi sądzi, że Chiny potrzebują bezpośrednich wyborów, podczas gdy obecnie nie jest to najbardziej naglący problem. Wprost przeciwnie, jeśli wprowadzi się takie wybory to zwyciezcą na pewno zostanie Partia Komunistyczna, bo kto inny dysponuje większą ilością pieniędzy? Pięćdziesiąt miliardów juanów wystarczy na pięćset milionów głosów, jeśli to okaże się za mało, wtedy wyciągną pięćset miliardów. Rocznie ściągają tryliony z podatków, tobie i twojej rodzinie wydaje się, że macie pieniądze? Uważasz, że twoi przyjaciele, uczciwi i niezależni ludzie powinni zdobyć kilkaset tysięcy głosów. Będą mieli szczęście jeśli dostaną chociaż sto tysięcy. Jedynym człowiekiem, który może rywalizować z partią jest Ma Huateng (twórca i właściciel najpopularniejszego w Chinach komunikatora QQ – przyp. tłum.), ponieważ może on wyskakiwać w okienku podczas logowania się do QQ i obwieszczać: Jeśli zagłosujesz na Ma Huatenga, dostaniesz 500 QQ juanów. Byłby w stanie dostać i dwieście milionów głosów, ale problem tkwi w tym, że wtedy na pewno byłby już członkiem partii. Demokracja to skomplikowany, trudny i nieunikniony proces społeczny, którego nie wprowadza się prostymi do wykrzykiwania hasłami jak rewolucja, powszechne wybory, system wielopartyjny, obalenie iksa czy igreka. Jeśli nigdy nie przejmowałeś się systemem prawnym czy publikowaniem, to czemu akurat cię obchodzą powszechne wybory? Pewnie dlatego, że o tym łatwiej mówić. Są tacy sami jak ludzie, którzy mówiąc o wyścigach samochodowych wspominają jedynie Formułę 1, a przy piłce nożnej bąkają o World Cup.

Pytanie: Uważam, że rewolucja i demokracja w Chinach to jedynie kwestia czasu. Jak sądzisz kiedy nadejdzie ten moment?

Odpowiedź: Rewolucja i demokracja to dwa osobne słowa. Znaczą coś zupełnie innego. Rewolucja niekoniecznie przynosi ze sobą demokrację, czyż nie doświadczyliśmy już tego dawno temu? Historia raz dała Chinom taką szansę, nasza obecna sytuacja to efekt wyboru naszych przodków. Chiny to ostatni kraj na świecie, w którym może się zdarzyć rewolucja i pierwszy, który potrzebuje reform. Jeśli dalej upierasz się przy pytaniu, jaki moment będzie najlepszy na rewolucję w Chinach, mogę ci odpowiedzieć – kiedy chińscy kierowcy podczas wyprzedzania będą wyłączać światła drogowe, wtedy możemy spokojnie zaczynać rewolucję.

Ale w takim kraju rewolucja już nie jest potrzebna, jeśli poziom kultury i wykształcenia obywateli osiągnie taki poziom, wszystko zacznie się dziać w naturalny sposób. Być może uda ci się samemu zobaczyć doniosłe zmiany w Chinach, a może do śmierci będziesz tkwił w tym samym zapętleniu. Ale nie ważne co się będzie działo, zapamiętaj dobrze, kiedy będziesz wymijał inne auta, wyłączaj światła drogowe, może dzięki temu nasze dzieci wcześniej osiągną to, o co walczyli nasi przodkowie.

Tłumaczenie tekstu ze strony

http://blog.sina.com.cn/s/blog_4701280b0102dz5s.html

Advertisements