„Fun” w Dalian?

Posted on 18 czerwca 2013 - autor:

0


Jeżeli Chińczycy uważają, że jakieś miejsce jest „fun” to najprawdopodobniej tak nie jest.

Ale, ja zawsze muszę przekonać się na własnej skórze. Lekcja numer jeden: Mówię mojej znajomej Chince, że wyjątkowo mam dwa dni wolnego, więc powinnam wykorzystać tę okazję i gdzieś wyjechać. „Poleć do Dalian” zaproponowała. „Dalian is fun” (czyli miejscem dobrej zabawy).

Zaplanowałam zatem wycieczkę do Dalian, miasta na północy Chin. Jest to miasto portowe, które za czasów traktatów Nankińskich było pod jurysdykcją rosyjską. Pojechałam zobaczyć pozostałości rosyjskiego miasta, piękną, starą architekturę i … jako że jest to miasto nadmorskie marzyłam o zanurzeniu stóp w miękkim, nadmorskim piasku. A jak było… Hm…

Samolot wylądował przed czasem! Zaczęło się dobrze. Zameldowałam się w hotelu i ruszyłam na spotkanie przygody. Zgodnie z planem pierwszym punktem mojej wyprawy był znajdujący się w pobliżu hotelu Plac Zhongshan, a niegdyś Plac Mikołaja. Otaczają go monumentalne budynki wzniesione na początku XX wieku przez Japończyków, a sam plac został zaprojektowany i wyznaczony w wieku XIX przez Rosjan. Monumentalne budowle przypominają szanghajski Bund. Obecnie mają tam swoje siedziby najważniejsze chińskie banki. Atrakcja turystyczna, zaliczona, odhaczona. Turystka na kolana nie powalona.

Zhongshan Square

Czas na Uliczkę Rosyjską (Russian Culture Street). Ulica jest deptakiem, u której podnóża stoi malowniczy budynek mieszczący muzeum sztuki. Z informacji zamieszczonych w Internecie wynikało, ze posiadają całkiem ciekawe zbiory. Pierwszy zawód tego dnia – mimo, że była to sobota, muzeum nie było czynne.
Russian Street

Dalej poszło już z górki. Ulica okazała się tandetnym bazarem. Budynki, może i nawet pamiętające początek XX w. odmalowane kiczowato w jaskrawe kolory, goszczą niskiej jakości podrzędne hotele, a na parterze większości budynków mieszczą się stragany sprzedające pamiątki, jak np. poliestrowe apaszki, matrioszki, i o dziwo, coś „mniamuśnego” ogromny wybór rosyjskiej czekolady (co osłodziło mój dzień). Jeszcze jednym akcentem rosyjskim są dwujęzyczne szyldy nad straganami – napisy po chińsku i po rosyjsku. U zwieńczenia ulicy stoi piękny, wyglądający autentycznie budynek, który mógł być kiedyś siedzibą rządu, ratuszem, albo jakimś pałacem. Stoi i straszy opuszczony, a plac przed nim zamieniono w parking. Co gorsza po lewej stronie budynku stoi i również straszy opuszczony hotel.
russian street2

Zgodnie z sugestiami wyczytanymi w Internecie, zagłębiłam się w pobliskie małe uliczki w poszukiwaniu rzeczywistych pamiątek historii. Nie znalazłam tego wiele. Była tam jedna chatka zbudowana z bali, ze śmiesznie przekrzywionym kominem, zawalona śmieciami. Poza tym, trochę budynków przypominających radzieckie koszary w Bornem Sulinowie. Brakowało tylko gazet zamiast firanek w oknach.
rosyjska chatka

Ruszyłam zdobywać kolejne atrakcje Dalian. W okolicy Uniwersytetu Języków Obcych miałam znaleźć uliczki zabudowane domami, które na początku XX wieku miały być wzniesione przez Japończyków. Po ponad godzinie spacerowania po okolicy w końcu się poddałam i usiadłam w przytulnej Kawiarni Kopenhaga (!) na lunch. Posilona, z nowymi siłami nie poddając się poszłam dalej przemierzać okolicę. Moje poświęcenie opłaciło się. Znalazłam w końcu ulice, których zabudowa przypominała, no właśnie… raczej Europę początku XX wieku.


uniwersystet

Zachęcona sukcesem przeniosłam się w inną okolicę, ulicy Xi’an gdzie mieści się kościół katolicki. Wzniesiony podobno na początku XX wieku. No cóż, nie wygląda! Ale Chińczycy potrafią „odnowić” zabytkowe …’budowle’. Wnętrze świątyni bardzo surowe, białe ściany, na podłodze glazura podłogowa, drewniane, nowe ławki. Za to ołtarz, ołtarz to już jedyny w swoim rodzaju majstersztyk w chińskim stylu. Po środku złota rzeźba Jezusa Ukrzyżowanego, a po obu stronach pionowe i ukośne wypukłe gipsowe linie, jakby uskoki w ścianie … podświetlone jarzeniówkami we fluoroscencyjnych kolorach, zielonym, pomarańczowym i różowym (jak takie markery do podświetlania tekstu).

Pospacerowałam jeszcze po okolicy, zobaczyłam jakie owoce sprzedaje się na targu. Ewidentnie jest sezon na czereśnie. W Szanghaju o żadnej porze roku nie sprzedaje się takiej różnorodności tych pyszności! Wróciłam do hotelu trochę zawiedziona pierwszym dniem, dlatego też postanowiłam zakończyć go miłym akcentem. Z mapy wynikało, że z hotelu prowadzi prosta droga nad morze. I tu kolejna lekcja tego dnia. Nie zawsze świat jest taki prosty jak linie na mapie.

Złapałam taksówkę i powiedziałam dokąd chcę się udać. „Dobrze”, ugodowo zgodził się taksówkarz. Przejechaliśmy kilka skrzyżowań, po obu stronach wysokie wieżowce, a on pyta, czy to tu chciałam dojechać. „Nie, jedź dalej” poprosiłam, „chciałam bardziej nad morzem wysiąść”. „Dobrze.” Pojechał. Kilka skrzyżowań dalej, po naszej lewej stronie osiedla z drapaczami chmur, a za nimi wzniesienia. „To gdzieś tu chcesz dojechać?”. „Nie, bardziej nad morze” (nie zauważyłam, że po lewej stronie za płotem, w oddali był port, więc i to moje morze). „Ach, do parku pewnie chcesz dojechać?”. „Tak!” Zgodziłam się i ruszyliśmy dalej. Tym razem nie bardzo daleko. Dojechaliśmy bowiem do końca drogi, a na jej końcu jakaś stróżówka i opuszczone barierki. „Tam dalej jest park.” Podziękowałam i poszłam „nad morze”. Przepchnęłam się między barierkami i stanęłam na jakimś pustkowiu, które wyglądało jak plac budowy w fazie początkowej. W oddali zauważyłam sylwetkę człowieka (a przecież jesteśmy w Chinach, więc wszędzie powinny być ich miliony). Coś mi nie pasowało. Po prawej stronie teren był pagórkowaty, no były to raczej zalesione wzgórza, niż zwykłe pagórki. Przede mną płasko wyrównany teren a daleko, daleko po lewej stronie widać było morze i port! W żaden sposób nie było można dojść do linii brzegowej, której nawet nie było widać, i to nie dlatego, ze robiło się już ciemno!

Wróciłam do hotelu z nadzieją wypatrując kolejnego dnia.

Pierwszą atrakcją drugiego dnia miało być Muzeum Muszli. Znajdują się w nim podobnież jedne z największych zbiorów muszli na świecie. Sprawdziwszy w Internecie adres i godziny otwarcia wyruszyłam tam z samego rana. Pierwszy problem pojawił się jak tylko zatrzasnęłam drzwi taksówki. Okazało się, że kierowca nie ma pojęcia o istnieniu takiego muzeum, nie wspominając o jego adresie. Na moje szczęście, w przeciwieństwie do szanghajskich taksówkarzy, nie próbował się mnie pozbyć, a wręcz przeciwnie bardzo starał się mnie tam dostarczyć. Po długiej jeździe przez całe miasto i wielu „telefonach do przyjaciela” zatrzymał się dumnie przed nowoczesnym budynkiem. „To tutaj” orzekł z satysfakcją. „Nie” odpowiedziałam, „budynek na zdjęciu w Internecie wyglądał jak zamek z czerwonej cegły, a nie jak ta nowoczesna bryła. Zresztą zapytaj kogoś…”. I zapytał. Okazało się, że jest to Muzeum Współczesne. „A widzisz, nie mówiłam!? :-)” No i pojechaliśmy dalej. Wiedziałam, że musimy być już bardzo blisko, bo znajdowaliśmy się na Placu Xinghai – chyba największym pod względem powierzchni placem miejskim na świecie. To tutaj miało znajdować się muzeum.
shell

W końcu przed nami pojawił się budynek kształtem przypominający wielką muszlę. „To jest to” zawyrokował taksówkarz. „Nie może być, bo muszla to nie zamek!”. Jednak ktoś z przechodniów potwierdził, ze w istocie jest to Muzeum Muszli. Zapłaciłam i podziękowałam taksówkarzowi za wytrwałość. I tu lekcja trzecia tej wycieczki – nie wszystkie informacje zamieszczone w Internecie są aktualne. Okazało się bowiem, że muzeum zostało przeniesione z zamku do tej gigantycznych rozmiarów muszli, tyle że nie było otwarte! Pierwszy zawód drugiego dnia.

W takim razie pójdę na plażę. Usiądę na piasku, poczytam książkę, zamoczę stopy w morzu, zrelaksuję się. Ruszyłam nadmorską promenadą. Deptak w Internecie opisywany był, jako wyjątkowo malownicza droga wzdłuż morza. Droga ułożona z drewnianych desek prowadzi wzdłuż brzegu morza i owszem, ale prowadzi po zboczu wzgórza i od wody oddziela ją pas wysokich drzew, za którymi w oddali widać wodę i nie jest to bynajmniej lazurowe wybrzeże, tylko port. Za drzewami widać żurawie i inne żeliwne konstrukcje. Jakby tego było mało to deptak wyznaczono wzdłuż ruchliwej asfaltowej drogi, którą bez ustanku przejeżdżały samochody. Z nadzieją pomyślałam (jakże naiwnie), że nie droga się liczy tylko cel, czyli urocza nadmorska plaża o romantycznej nazwie „Złote Piaski”. Jednak życie mnie niczego nie nauczyło! Brnęłam w skwarze, w oparach spalin samochodowych, aż dotarłam do bardzo wąskich i stromych schodków w dół. Jeszcze tylko kilka stopni i .. ach i jeszcze bramka, opłata 2 yuany „klimatycznego” (1PLN) i wreszcie znalazłam się po drugiej stronie bramy. Nie mogłam uwierzyć swoim oczom. Ukazała mi się bowiem plaża jak marzenie! – pas betonu wzdłuż linii brzegowej, a bliżej zbocza szary, gruboziarnisty piasek z kamieniami. W tym niezbyt urokliwym miejscu ni stąd ni z owąd powstał hostel, wyglądem przypominający grecki nadmorski kurorcik; bielone ściany, błękitny dach. Od razu wyobraziłam sobie, że w tych niesprzyjających warunkach uda mi się przynajmniej w hotelu wypić kawę, chociażby rozpuszczalną, ale oczywiście nic z tego! Przejście całej plaży zajęło mi kilka minut (taka była długa). W pewnym miejscu minęłam rozstawiony na piasku namiot. W namiocie leżał chłopiec i wsypywał do plastikowej koparki piach. Nad namiotem stał jego dziadek radośnie rozprawiający ze znajomym. Zapewne wg standardów chińskich to miejsce można by sklasyfikować jako „fun”.
plaza

Wdrapałam się z powrotem na drogę i złapałam taksówkę: „Do Muzeum Współczesnego, poproszę”. Miejsce to położone jest zaledwie kilka kilometrów w dół, lecz taksówkarz nie miał pojęcia, o czym mówię. Podpytawszy po drodze przechodniów, dowiózł mnie do celu. Lekcja czwarta – niczego nie zakładaj, tylko sprawdź dokładnie. Założyłam, że Muzeum Współczesne, to będzie skrót od Muzeum Sztuki Współczesnej. Błąd! Okazało się, że było to Muzeum Współczesnego Dalian, a ekspozycja obejmowała historię walk o wyzwolenie miasta, upamiętniała bohaterskie czyny towarzyszy broni, makiety wielkich kontenerowców i … i szybko stamtąd uciekłam.

Nadal było stosunkowo wcześnie. Na mapie Dalian umieszczonej przed muzeum zaznaczone były atrakcje miasta. Poza gigantycznym placem miejskim, na którym się właśnie znajdowałam, zaznaczony był m.in. Ladong Park (Park Robotniczy) i tam też się udałam. Atrakcją parku jest gigantyczna betonowa piłka nożna, której zrobiłam zdjęcie i udałam się w dalszą wędrówkę. Tym razem w poszukiwaniu najzwyklejszego Sturbucks’u, by w końcu usiąść, napić się kawy i odpocząć. O zanurzeniu stóp w morskim piasku już przestałam marzyć. Popołudnie spędziłam więc na kawie i czytaniu książki, po czym z dużym wyprzedzeniem rozpoczęłam proces łapania taksówki na lotnisko. Przezorny zawsze ubezpieczony, a ja zdążyłam się już zorientować, że system taksówek w Dalian to zupełnie inna historia.

W Chinach taksówki przywołuje się, przez podniesienie ręki. Wolne samochody mają zwykle z przodu, albo na kogucie zieloną lampkę, która zmienia się na czerwoną, gdy taksówka jest zajęta. Zdążyłam się szybko zorientować, że o taksówki w Dalian bardzo trudno. Zaczęłam więc wymachiwać ręką, na każdy przejeżdżający pojazd. Ku mojemu zdziwieniu, prawie każda taksówka zwalniała, a przez otarte okno po stronie pasażera kierowca wykrzykiwał zapytanie: „Dokąd?”. Jeśli wskazane przeze mnie miejsce było po drodze, to mogłam wsiąść. W ten sposób do taksówki mogą się „dosiąść” nawet ze trzy osoby. Każda osoba płaci za swój kurs, czyli jedno wskazanie licznika może być opłacone nawet trzykrotnie. Jeden taksówkarz wyjaśnił mi, że takie „podpinanie się” jest konieczne, bo nie tylko, że w mieście jest za mało taksówek, ale i natężenie ruchu jest za duże, by ich pomieścić więcej.

Ostatnia lekcja – każda rzecz może być albo biała, albo czarna, zależy od tego kto patrzy. Stad pytanie – czy definitywnie nie polecam odwiedzenia Dalian? No nie! Może komuś te atrakcje się akurat spodobają, a może znajdzie zupełnie inne… zresztą nawet ja nie żałuję tej weekendowej wyprawy. Była ciekawa i pouczająca…

Artykuł pochodzi od autora bloga www.kakcia.blox.pl.

Publikacja za zgoda autora.

Advertisements
Posted in: MIEJSCA