Widokówki z Tybetu

Posted on 16 października 2013 - autor:

0


Dzień 0, przylot. Samolot z Szanghaju do Lhasy miał krótkie międzylądowanie w Chongqing, mniej więcej w połowie drogi. Cała podróż trwała około 6 godzin. Za Chongqing z okna samolotu można było podziwiać niesamowite krajobrazy.

Najpierw aż po horyzont, rozpościerał się pod nami dywan z kłębków białych chmur. Potem jak okiem sięgnąć zaczęły się góry. Z początku niewielkie i takie plastyczne, jakby ktoś je piasku ulepił i ręką przyklepał. Potem góry zrobiły się bardziej geometryczne, jakby ktoś przycinał je nożem, a na koniec to całkiem przybliżyły się do samolotu, a ich szpiczaste wierzchołki pokrywał śnieg. Największe wrażenie robiła jednak bezkresna przestrzeń, na której zapewne nigdy nie postawił stopy człowiek.

Pierwsza noc po przybyciu do Tybetu była bardzo ciężka, głowa pulsowała niemiłosiernie, serce waliło, a żołądek trawił stuletniego chyba jaka. Pierwsza lekcja doświadczona na własnych błędach, bo przewodniki przestrzegały by nie jeść nic na noc pierwszego dnia, a żylasty, stary jak to na pewno nie jest „nic”.

Dzień 1, Lhasa.
01_plac_B

Poranny spacer po Lhasie. Wszystko jest inne, inna jest tu architektura, inne jest powietrze, słońce, niebo, krajobrazy, a przede wszystkim ludzie. Nikt nie krzyczy, nikt nie podnosi głosu, żadnych kłótni, sporów. Kolorowo ubrani Tybetańczycy, o twarzach ciemnych i wysuszonych od bliskości słońca, niespiesznie podążają we wszystkich kierunkach, kręcąc modlitewnymi młynkami i podśpiewując, zapewne religijne, pieśni. Bije od nich niesamowity spokój.
02_modlitwy

Rano tegoż dnia zwiedzaliśmy też Świątynię Jokhang. Przed nią, na placu Barkhor, gromadzą się tłumy wiernych i modląc rzucają się w pokłonach płasko na ziemię, a dokładniej na dywaniki, które ze sobą przynoszą. Niektórzy w modlitewnych pokłonach obchodzą całą świątynię dookoła. Za serca chwycił wszystkich mały, najwyżej dwuletni chłopiec, który w tej niezwykłej modlitwie podążał za swoją matką, perfekcyjne naśladując jej ruchy, składając ręce nad głową, klękając i w końcu kładąc się na kamiennej drodze. Czasami rozproszony przez turystów, zatrzymywał się, podnosił główkę do góry popatrzył, to w lewo to w prawo, poraczkował do przodu, do mamy i wznawiał modlitwę.
03_Jokhan

Zwiedzanie świątyni wzbudza we mnie mieszane uczucia. W głównym pomieszczeniu, ponurym i przyciemnionym po środku sali modlą się mnisi. Modlą się przez cały dzień, zawodzą, dzwonią dzwonkami, uderzają w talerze. Wzdłuż ścian pomieszczenia ciągną się drewniane barierki, które tworzą korytarz odgradzający mnichów, którzy wyglądają trochę jak na wystawie, ponieważ po korytarzach przewodnicy prowadzą wycieczki i opowiadają historię świątyni (przy akompaniamencie modlitw mnichów). W ścianach znajdują się drzwi prowadzące do małych kaplic, w których mieszczą się buddyjskie bóstwa. Przed każdą kaplicą stoją kamienne naczynia, które wyglądają jak wielgachne znicze. Tyle tylko, że w tych zniczach nie wypala się parafina… Co chwila do naczynia podchodzi babcinka z termosem i do znicza dolewa… roztopione masło z jaka. Jak później odkryłam w sklepie z tutejszymi dewocjonaliami, sprzedaje się tu specjalny rodzaj „masło modlitewne” (praying butter).
04_mlynki_potala

Popołudnie poświęciliśmy na zwiedzanie Potala Palace. Pałac został wzniesiony w VII wieku n.e. przez największego króla Tybetu Songtsen Gampo, potem uległ zniszczeniu i w tysiąc lat później, w XVII w. został odbudowany przez Piątego Dalai Lamę. Z pierwotnej budowli pozostało chyba 20 pomieszczeń, z czego do zwiedzania udostępnione są dwa. Obecny pałac podzielony był kiedyś na dwie części, ta której ściany zewnętrzne pomalowane są na biało, były to pomieszczenia rządowe, a za elewacja pokrytą czerwoną farbą mieściły się pomieszczenia świątynne.
05_potala

Wejście po schodach do Pałacu Potala, szczególnie w drugi dzień po przylocie, to niemałe wyzwanie, więc wchodzimy po woli, z wieloma przerwami, każdy w swoim tempie. Powietrze wewnątrz przepełnione jest zapachami kadzideł i roztopionego masła jaka, co nie ułatwia nam wcale oddychania. Pięknie zdobione sale pałacu uginają się od ogromnej ilości złotych posągów Buddów, królów, ich żon, których imion nawet nie staramy się zapamiętać, bo nie da rady. A na ścianach półki uginające się od starych świętych ksiąg, przetłumaczonych z sanskrytu na tybetański i mandżurski (?) zapisanych ciekłym złotem.

Od zewnątrz, olbrzymi teren pałacu otoczony jest rzędem młynków modlitewnych. Tybetańczycy okrążają go obracając nimi mozolnie.

Dzień 2, Namtso Lake

Po czterech godzinach żmudnej jazdy wśród górskich krajobrazów nagle przymusowy postój. Przed nami pojawiły się już bramki wjazdowe do Parku Narodowego Jeziora Namtso. Niestety spadł śnieg i wjazd do parku został zamknięty. Na początku radośnie korzystaliśmy z przerwy robiąc zdjęcia i rzucając się śnieżkami. Od lokalnych sprzedawców kupiliśmy wrzątek do picia. Zajrzałam do termosu, a tam na wierzchu pływają oka z masła jaka, ot taka czysta wody. Znużeni wróciliśmy do samochodu i zapadliśmy w drzemkę. Po godzinie czekania wiele samochodów rezygnowało z dalszego czekania i kolejka znacznie się skróciła. Na nasze pytanie, kiedy będzie wiadomo, czy drogę otworzą, przewodnik rozkładał tylko ręce, mówiąc, że nie wiadomo. Po dwóch godzinach nasza cierpliwość została wynagrodzona i droga została otwarta.
06_przelecz_Namtso

Wkrótce pobiliśmy pierwszy rekord wysokości przejeżdżając przez przełęcz 5.190 m skąd do Jeziora Namtso było już bardzo blisko.
07_Namtso

Jezioro Namtso to jedno z trzech świętych jezior Tybetu. Położone jest na wysokości 4.700m., leży w odległości 240km. od Lhasy. Jezioro, największe w Tybecie, jest słonym zbiornikiem o długości 70km., szerokości 30km. i łącznej powierzchni 1920km.². Nazwa jeziora po tybetańsku oznacza Niebiańskie Jezioro (Sky Lake). Jezioro ma piękną turkusową taflę, a na horyzoncie rozpościerają się pokryte śniegiem góry.
08_namtso3

Niestety nad jeziorem poza turystami były ogromne rzesze tubylców żebrzących o „money” i nie chodziło o jakieś drobne, bo małych kwot nie przyjmowali i niegrzecznie oddawali je, tylko o większe banknoty! Na szczęście poza tym jednym przypadkiem, napotykani po drodze Tybetańczycy byli wspaniali, bardzo życzliwi, radośni i łagodni.
09_money

Dzień 3, z Lhasy do Shigatse (250 km.)

Droga z Lhasy do Shigatse biegnie wzdłuż niewinnie wyglądającej rzeki Yarlung Zangpo, która ma swe źródło w Tybecie, następnie przepływa przez Indie i Bangladesz jako słynna Brahmaputra.

Droga do Shigatse zajmuje ok. 6 godzin. Musieliśmy się tam pojawić przed 13.00, bo akurat był to 1-szy października, czyli Dzień Narodowy w Chinach i urzędy nie pracują dłużej niż do 14.00, a my musieliśmy zdobyć pozwolenie na wjazd do strefy pod Mt. Everest. Przeżyliśmy chwile grozy, kiedy zajechawszy pod urząd w Shigatse o 12.47 okazało się, że biuro jest puste! Nasz przewodnik miał wrócić jeszcze raz o 15.30, więc przez prawie trzy godziny żyliśmy w niepewności co do powodzenia naszego głównego celu wyprawy!
SANYO DIGITAL CAMERA

W Shigatse, drugim co do wielkości mieście Tybetu zwiedziliśmy klasztor Tashilhunpo, tradycyjną siedzibę Panchen Lamy. Został on wzniesiony przez pierwszego Dalai Lamę w 1447 roku. Podobnie jak w pozostałych świątyniach, we wszystkich, przepełnionych mdłym zapachem topionego masła z jaka salach, w półmroku świec eksponowane są niezliczone złocone posągi przedstawiające wizerunki Buddy, zdjęcia Dalai Lamy, Panchen Lamy, Gamaba. W oddali, za klasztornymi budynkami, na zboczu góry widać ogromny, wysoki na 9 pięter mur. Na nim kilka razy do roku, z okazji ważnych tybetańskich świąt wywieszane są obrazy z wizerunkami Buddy, które na co dzień przechowywane są, zawinięte w skóry jaka, w świątyni. Wielkie wizerunki są łatwo dostrzegalne podobno nawet z centrum miasta.
SANYO DIGITAL CAMERA

Na każdym kroku zaskakuje nas niezwykła religijność ludzi. Z niezwykłym spokojem oddają się codziennej modlitwie, która towarzyszy im nie tylko w miejscach świętych, ale także na ulicach, w domach.
SANYO DIGITAL CAMERA

Dzień 4, droga do Base Camp pod Mt. Everest

Czekała nas długa droga, więc wyruszyliśmy skoro świt. Asfaltowa porządna droga wiodła równiną pomiędzy malowniczymi pasmami górskimi. Mijane podczas całej podróży krajobrazy były tak niezwykłe, że bezsprzecznie można Tybet obwołać najpiękniejszym miejscem na świecie! Po drodze mijaliśmy wsie, gospodarstwa rolne. Metody upraw jak za króla ćwieczka. Koszenie jęczmienia odbywało się za pomocą kosy. Wszystkie mijane gospodarstwa były bardzo do siebie podobne. Składały się z dwupiętrowych, małych, murowanych domków i otoczonych murem niewielkich zagród, zapewne na noc spędzane tam są jaki.
SANYO DIGITAL CAMERA

W tym niezwykłym krajobrazie, na wysokości 4.350m. minęliśmy naszym busem (wyprzedziliśmy wręcz!) grupę… rowerzystów! Jak się miało okazać była to bardzo zróżnicowana wiekowo grupa ludzi pochodzących z różnych stron świata; Wielkiej Brytanii, Australii, Holandii, Nepalu, była wśród nich nawet Polka mieszkająca w Kenii, którzy poznali się i wyprawę zorganizowali przez Internet. Tej wysportowanej grupie ludzi oddychanie na wysokości 5tys. m. nie sprawiało kłopotu. Poczuliśmy się niczym wycieczka emerytów z Ciechocinka prowadzących w autobusie niekończące się dyskusje o dozowaniu pigułek niwelujących efekty choroby wysokościowej. Co jakiś czas ciszę podczas jazdy przerywał syk pobierania tlenu z puszki:-)

W małej miejscowości Tingri zatrzymaliśmy się na przymusowy meldunek na policji, która prowadzi dokładną ewidencję osób wjeżdżających i wyjeżdżających do strefy pod Mt. Everest. Każdy musiał wyjść z samochodu, ustawić się w kolejce zgodnie z porządkiem na liście na zezwoleniu i okazać paszport. Już od pierwszego dnia zadziwiała ilość posterunków policji. Poza Lhasą, co kilkadziesiąt kilometrów, na każdym mijanym posterunku nasz przewodnik musiał wysiąść z autobusu i z pełną listą dokumentów zameldować naszą wycieczkę.

Wkrótce po minięciu posterunku w Tingri skręciliśmy z głównej drogi w lewo. Ostatnie 100 km. do obozu namiotowego pod Base Camp miało nam zająć 5 godzin!
SANYO DIGITAL CAMERA

Gruntowa droga biegła serpentynami to w górę, to w dół. Już po pierwszej godzinie mieliśmy kompletnie dosyć, cali poobijani, powytrząsani. Na ciuchach, w nosach, we włosach osiadał kurz. Po obu stronach drogi mijaliśmy góry, absolutnie niczym nie porośnięte. Czerwona gleba, czerwone kamienie i unoszący się nad drogą pył. Po drodze zatrzymaliśmy się w punkcie widokowym, na wysokości 5.200 m z którego widać było najwyższe szczyty Himalajów.

Z dumą obwołaliśmy się Autobusowymi Himalaistami (w przeciwieństwie do mniej zmotoryzowanych Rowerowych Himalaistów), jako że zdobywamy po kilka 5-ciotysięczników dziennie. W pewnym momencie przestało nam się nawet chcieć opuszczać autobus do robienia zdjęć i tylko wołaliśmy do kierowcy by się zatrzymał, a my do okien i widoki obfotografowane! Dziś nawet awansowaliśmy naszą wycieczkę do miana Wytrawnych Autobusowych Himalaistów, bo pokonaliśmy przynajmniej trzy miejsca położone powyżej 5.000 m npm.

Dokładnie po 12 godzinach od wyjazdu z Shigatse dojechaliśmy do obozowiska pod Base Camp Mt. Everest.
SANYO DIGITAL CAMERA

Do swojej dyspozycji mieliśmy jeden z 60 namiotów ustawionych w dwóch rzędach. Namiot nazwaliśmy Hiltonem, bo miał siedem gwiazdek widocznych wieczorem przez okienko w dachu.
Generalnie gwiazdki były jak najbardziej zasłużone, za takie atrakcje i udogodnienia jak:

  1. Centralne ogrzewanie – koza stała w samym centrum namiotu.

  2. Bliskość obsługi, nieomalże w zasięgu ręki – spali w naszym namiocie.

  3. Kolację podaną do łóżek – każdy z nas siedział na swoim łóżku, gdy podano do stołu.

  4. Ogrzewanie ekologiczne – odchodami jaka.

  5. Oświetlenie ekologiczne – na akumulator.

  6. W bonusie dostaliśmy dziecko – koleżanka, która weszła pierwsza do namiotu nagle zauważyła, że na jednym z łóżek zupełnie nieruchomo, w drewnianej kołysce leży pozostawiony sam sobie bobas (mógł mieć najwyżej kilka miesięcy)

  7. span style=”font-family:Verdana, sans-serif;”>Dodatkową atrakcją był zatem w porze karmienia pokaz tybetańskiej piersi 🙂

  8. Wysoki poziom bezpieczeństwa w Hiltonie zapewnił skobelek z bambusowej pałeczki do ryżu, który okazał się zabezpieczeniem tak wyszukanym, że kilka osób nie mogło sobie poradzić z otwarciem drzwi.

  9. W zasięgu ręki mieliśmy też dostęp do hotelowego butiku – na ścianie wisiały na sprzedaż kurtki, a na półkach wystawiono napoje (w tym cola, piwo), chińskie zupki, biżuteria, wszystko w naszej sypialni!

  10. Mogliśmy całkowicie odciąć się od cywilizacji, bo nie było możliwości doładowania komórek.

  11. Mieliśmy też piękne, etniczne drzwi w postaci tybetańskiej kotary.

  12. Mocne emocje i silne zapachy zapewniała nam murowana toaleta umiejscowiona na tyłach obozowiska.

  13. A także na co nie wiedzieć czemu nie byliśmy przygotowani, hotel miał charakter otwarty. Co chwila ktoś do naszej sypialni wchodził, wychodził. Kręcili się jacyś Tybetańczycy, w pewnym momencie weszli nawet policjanci z papierosami!

  14. W nocy było bardzo ciepło! (jak się miało na sobie, trzy pary skarpetek, rajstopy, kalesony, spodnie, podkoszulkę, koszulkę, sweter, drugi sweter, szal, a na głowie czapkę)

A także na co nie wiedzieć czemu nie byliśmy przygotowani, hotel miał charakter otwarty. Co chwila ktoś do naszej sypialni wchodził, wychodził. Kręcili się jacyś Tybetańczycy, w pewnym momencie weszli nawet policjanci z papierosami!
W nocy było bardzo ciepło! (jak się miało na sobie, trzy pary skarpetek, rajstopy, kalesony, spodnie, podkoszulkę, koszulkę, sweter, drugi sweter, szal, a na głowie czapkę)

Dzień 5, z Base Camp pod Mt. Everest do Shigatse

Czyli z powrotem ta sama droga, tylko najpierw nieprzyjemny odcinek serpentynami 5 godz. po gruntowej drodze, a potem już sama przyjemność; 7 godzin po asfaltowej.

Z obozu rano pojechaliśmy na sam Base Camp pod Mt. Everest. Kilku śmiałków ten krótki, bo zaledwie 4-ro kilometrowy odcinek próbowało przebyć piechotą, a potem „na stopa” wskakiwali do autobusów. Chyba źle przekalkulowali siły na zamiary.

Pominę tu błahą sprawę najwyższej góry świata, bo jest przereklamowana, a poza tym, opisze ją szerzej w kolejnym tomie moich zapisków, po następnej wyprawie do Tybetu (tym razem Mt. Everest

Stał za grubą warstwą szarych chmur i nie do końca można go było dostrzec).
SANYO DIGITAL CAMERA

Dziś zdobyliśmy łącznie cztery pięciotysięczniki, więc na miano Wytrawnych Autobusowych Himalaistów jak najbardziej sobie zasłużyliśmy.

Dzień 6, Shigatse – Lhasa

W dniu dzisiejszym spotkał nas zaszczyt, zostaliśmy zaproszeni do tradycyjnego tybetańskiego wiejskiego domu, gospodarstwa naszego kierowcy. Gospodarze należą do raczej majętnej grupy, sądząc po sprzętach wyeksponowanych w salonie – zamrażalce, telewizorze i przemysłowej maszynie do szycia.

Gościnnie podjęto nas tradycyjnym, lokalnym przysmakiem – napojem na który składał się wrzątek, mleko, sól i ogromne ilości krowiego masła. Na początku mieliśmy mocne postanowienie nie urazić naszych gospodarzy i wypić tę miksturę do dna, ale miało się to okazać niewykonalne. Nasza gościnna gospodyni uzupełniała ubytki herbaty bardzo pilnie, po wychyleniu przez nas nawet małego łyku. Po prostu musieliśmy się poddać! Żeby tego było mało, jako poczęstunek wkrótce wjechał na stół kosz serka krowiego, suszonego na słońcu, który był „twardszy niż plomby”. Każdy dyskretnie swój przydział wsuwał do kieszeni, by zutylizować go bezpiecznie w najbliższym koszu na śmieci. Niestety, plomby są ważniejsze! Na szczęście gospodarze uraczyli nas na zakończenie miską ugotowanych młodych ziemniaków, które spałaszowaliśmy co do ostatniej łupinki! W Chinach ziemniaki mają dziwny, słodkawy posmak, a te wręcz przeciwnie, były zupełnie jak nasze, prawdziwe, poznańskie pyrki!
SANYO DIGITAL CAMERA

Następnie zwiedziliśmy Klasztor Palcho, wzniesiony w 1418 roku, którego cechą charakterystyczną jest to, że skupia trzy różne odmiany Tybetańskiego Buddyzmu. Wspięliśmy się też (resztkami sił i nie wszyscy) na sześciopiętrową pagodę, skąd w słoneczny dzień rozpościerał się przepiękny widok na miasto Gyantse.
SANYO DIGITAL CAMERA

W miasteczku uzupełniliśmy też braki w pamiątkach (podobnie jak wcześniej w Lhasie, Shigatse i wszędzie indziej po drodze) i zjedliśmy lunch.

Po minięciu Gyantse zatrzymaliśmy się przy elektrowni wodnej na rzece Nangchu. Starym zwyczajem pierwsze kroki skierowałyśmy do straganów z ozdobami i jak tradycja nakazuje kupiłyśmy po tybetańskim wisiorku. Tym bardziej, że okazało się, iż w Gyantse przepłaciłyśmy, więc teraz musiałyśmy coś kupić, by średnia cena wyszła niższa ;-).
SANYO DIGITAL CAMERA

Następnie należało zaliczyć punkt widokowy. Tafla rzeki w spiętrzeniu nad tamą miała przepiękny, turkusowy kolor. Elektrownię wybudowano 20 lat wcześniej i w efekcie tej inwestycji zalano obszary powyżej tamy. Na środku zbiornika zachowała się mała, pojedyncza wysepka a na niej ruina dawnej tybetańskiej zagrody. A wszystko to w pięknej górzystej scenerii.

Punkt widokowy znajdował się na niewielkim wzniesieniu, które pokonywałam po woli ze względu na wysokości jak i dopadające mnie przeziębienie. Mniej więcej w połowie drogi uczepiła się mnie mała tybetańska dziewczynka i próbowała wcisnąć kolorowe modlitewne chorągiewki. Szła za mną krok w krok, wypróbowując co rusz to inne triki marketingowe. W pewnym momencie rozwinęła nawet cały ten sznur chorągiewek i rzuciła nim w powietrze, by zaprezentować towar w całej okazałości. Rzeczywiście prezentował się okazale. „Naprawdę ich nie potrzebuję, ale weź piątkę (5 yuanów)” zaproponowałam, bo tyle akurat miałam w kurtce. Ona jednak odmówiła przyjęcia pieniędzy i dalej dyskutując po woli wspinałyśmy się do góry. W między czasie znalazła się inna dziewczynka, która bez skrupułów wyciągnęła rękę po 5-cio yuanowy banknot i zbiegła na dół. Moja mała tybetańska przyjaciółka nadal uparcie podążała za mną, zatrzymując się ze mną na „złapanie oddechu” od czasu do czasu, nadal próbując sprzedać chorągiewki, wyszukując nowe argumenty, niekiedy z chińskiego przechodząc na tybetański. Dyskusja trwała bardzo długo i bawiła całe towarzystwo. W końcu (tak mi się tylko wydawało) zlitowała się nade mną koleżanka i zaproponowała pożyczkę 10 yuanów, bo tyle za chorągiewki zapłaciła ona. Niestety mała specjalistka od marketingu pogardziła dyszką, bo od innej cioci (tu ręką wskazała na drugą koleżankę) dostała 20! „No trudno” odrzekłam, „dam ci pieniądze i nie wezmę chorągiewek, ty je potem sprzedasz na dole nowym klientom, ale jak nie chcesz to nie!”. No i znów potok słów i kolejne argumenty z jej i mojej strony. Ja w międzyczasie zdążyłam nawet obfotografować okolicę. W końcu (nadzieja matką głupich) mała zgodziła się przyjąć 10 yuanów. Podaję jej banknot, a ona mi na to, że ten pieniądz jest dziurawy (rzeczywiście był lekko przedarty po środku) i takiego to ona nie chce! Ręce mi opadły do ziemi. „No i co ja ci poradzę? Innego banknotu nie mam.” I znów kolejna fala argumentów i dyskusja bez końca. W końcu dobiłyśmy targu. Przyjęła 10 yuanów. Teraz znowu pojawił się drugi problem, bo ja nie chciałam chorągiewek, a ona nie chciała mnie opuścić dopóki ich nie przyjmę! „Naprawdę dziękuję, popatrz, przynajmniej będziesz mogła je sprzedać nowym gościom na dole”. Nie i koniec! Uparcie wciskała mi zwój chorągiewek. W koniec końców je przyjęłam i odseparowałyśmy się. Zachęcona sukcesem, pobiegła do mojej koleżanki, by jej sprzedać kolejny rulonik. Chciała ją wziąć na „lament” udając, że płacze, ale koleżanka (która zresztą chorągiewki nabyła chwilę wcześniej na straganie na dole) odpowiedziała jej tym samym. Mała Tybetanka ostatecznie zniechęciła się i zaczęła zbiegać w dół.

My też powoli zaczęliśmy kierować się w stronę parkingu. Nagle moja tybetańska przyjaciółka, obróciła się na pięcie, wbiegła z powrotem na górę, chwyciła mnie za rękę i sprowadziła na dół. Po drodze opowiedziała mi o sobie, jak ma na imię, że ma trzynaście lat (! Wyglądała maksymalnie na 10), że chodzi do piątej klasy do pobliskiej szkoły, i że za rok pójdzie do gimnazjum w Gyantse. Wesoło gawędząc i śpiewając mi tybetańskie piosenki, cały czas trzymając mnie za rękę, odprowadziła mnie do autobusu, gdzie dostała od nas trochę słodyczy.

Wyciągnęła skądś niebieski pisak i zapisała na dłoni swoje imię, poprosiłam też by zapisała je w moim notesie. Na pożegnanie, stojąc w drzwiach autobusu, wyciągnęła jeszcze do mnie rękę, a na odchodne gdy autobus ruszył, machając ręką zawołała: „Mam na imię Bianya i kocham cię!”. I tak oto ze ściśniętym sercem opuszczałam przystanek przy tamie Manak i małą Bianya.

Zanim dotarliśmy do Lhasy w programie był jeszcze punkt widokowy nad jeziorem Yamdrok, kolejnym z trzech świętych jezior Tybetu. Zdziwił nas brak łodzi rybackich na brzegach tego wielkiego zbiornika, ale okazało się, ze Tybetańczycy nie poławiają ryb ze świętych jezior, a jedyne dwa kutry zacumowane na brzegu należały do Chińczyków.
SANYO DIGITAL CAMERA

Do Lhasy dotarliśmy bardzo późno, ale mimo to spełniliśmy nasz turystyczny obowiązek i udaliśmy się na zakupy niezbędnych do życia przedmiotów takich jak czapki, wisiorki, naszyjniki, itp.

Dzień 7, powrót. Niestety. Wakacje w raju też się muszą kiedyś skończyć.

———————————————————–

Artykuł pochodzi od autora bloga www.kakcia.blox.pl.

Publikacja za zgodą autora.

Advertisements
Posted in: MIEJSCA