Wyprawa do Narodowego Parku Zhangjiajie, w Chiński Nowy Rok

Posted on 13 lutego 2014 - autor:

1


Zgodnie z moją filozofią pozostanie w Szanghaju, gdy ma się więcej niż dwa dni wolnego, to grzech zaniechania, a ja takiego występku w żadnym wypadku dopuścić się nie chciałam. Toteż wyjechałam. Wybór padł na Zhangjiajie. Znajdujący się tam Park Narodowy w 1992 roku został wpisany na listę zabytków UNESCO. W niezwykłych sceneriach parku kręcono film Avatar…

30.01.2014

Dzień wylotu przypadał na Chiński Nowy Rok, więc miałam poważne wątpliwości; czy sklepy w Zhangjiajie będą otwarte, czy jakieś restauracje będą czynne, czy mój przewodnik zarezerwował mi hotel, czy dotrę o czasie na lotnisko, no i ze względu na smog, czy samolot w ogóle wyleci. Ta ostatnia wątpliwość, miała się okazać kluczowa. Gdy w godzinę po zaplanowanym czasie odlotu nadal nie było jakiejkolwiek informacji , zrezygnowałam z czekania.

31.01.2014

Lecę. Za około 1230km. i dwie godziny wyląduję na lotnisku w Zhangjiajie.

01.02.2014

Od lotniska do hotelu było jakieś 40 minut jazdy, bo okazało się, że miejsce w którym zarezerwowałam hotel nie znajduje się ani w centrum Zhangjiajie, ani w Wulingyuan, tylko gdzieś…

Za oknem mam widok na porośniętą drzewami skałę. Jest piękna, słoneczna pogoda. Sącząc spokojnie kawę, czekam na śniadanie – zupka chińska z makaronem. Nie ma to jak przewidujący i dobrze zaopatrzony turysta.

Są dwa rodzaje lekcji. Jedne to takie, gdy uczymy się na tym, co inni doświadczają, drugie to niestety te, gdzie uczymy się na własnym doświadczeniu.

Przykład: po górach można się wspinać nawet w kozakach na wysokich obcasach. W każdej chwili można je zdjąć, a zamiast nich na nogi wsunąć bardzo wygodne i wodoodporne worki foliowe. Człowiek czuje się wtedy bliżej matury, a co boso nie chodzi to nie chodzi. To była lekcja zaobserwowana, ale nie doświadczona.

Lekcję drugą doświadczyłam na sobie. W różnych językach to samo sformułowanie może znaczyć coś nieznacznie innego. Na przykład koncept „poza sezonem” kazało mi oczekiwać kompletnych pustek w Parku Narodowym Zhangjiajie. Nic bardziej mylnego. W chińskich realiach oznacza to po prostu dziesiątki tysięcy ludzi, a nie miliony.

Kult „Wielkiego Sternika” jest tu bardzo żywy. Już właścicielka hotelu, która odebrała mnie z lotniska, zachwalając prowincję Hunan nie omieszkała wspomnieć, że pochodzi z niej wielki przywódca – Mao Zedong. Na bocznej uliczce w wiosce gdzie się zatrzymałam, na placu przed jakimś gmachem stoi i króluje posąg. Mao w finezyjnie podwianym płaszczu uśmiecha się do nielicznych przechodniów. W surowo udekorowanej restauracji, gdzie zatrzymałam się na kolację, jedyny element wystroju, poza mapą okolicy, stanowiła sporych wymiarów figurka Mao odlana z brązu (a może z plastiku imitującego odlew z brązu). Ktoś nawet przewiązał przewodniczącemu fantazyjnie na szyi czerwoną apaszkę. W innej mijanej dziś spelunce, która mieściła zaledwie kilka stołów, na tylnej, brudnej, od dawna nie odświeżanej ścianie wisiał sporych rozmiarów portret Mao, a poniżej jeszcze znak oznaczający „podwójne szczęście”. Podczas wędrówki po parku często słyszałam przewodników oprowadzających Chińskich turystów po tzw. „atrakcjach turystycznych”, jak podniośle opowiadają o związkach Przewodniczącego z tutejszą okolicą, o słowach które był wypowiedział postawiwszy tu swą dostojną nogę.

01_dzien1b

Park leśny pełen jest dzikich i bardzo przebiegłych małp makaki. Nieświadom zagrożenia, spragniony chwili wytchnienia człowiek przycupnie sobie gdzieś, na chwilę zasłużonego odpoczynku, z plecaka wyciągnie upieczone jeszcze w domu batoniki orzechowe, a tu nagle, znienacka, jak spod ziemi wyrośnie taka przebiegła makaki, której przyświeca jeden tylko cel: odebrać deserek. Jeden pan kupił córce kubeczek lodów, nie uszli kilkunastu kroków, gdy w oddali słyszę głos dziewczynki: „O małpka” – radośnie i sympatycznie, „O małpka!” z nutą przerażenia w głosie. A potem słowa taty: „Ach zmarnowaliśmy lody za 10 yuanów”. (5zł.) Ja mojego batonika uratowałam, bo przed „słodziutkimi” makakami uciekłam.

02_dzien1c

Hotelik, w którym się zatrzymałam, też zasługuje na zapisanie kilku stron w moim notesie… Choćby ze względu na wilgoć. Kiedy meldowałam się po przybyciu na miejsce i położyłam ręce na blacie recepcji, ze zdziwieniem spostrzegłam, że rękawami kurtki starłam z niego wodę. Kamienną posadzkę w recepcji też pokrywała warstwa wilgoci. Schody na piętro wyglądały tak jakby przed chwilą ktoś je umył niewykręconym mopem. Wyglądały podobnie też w kolejnych dniach. Woda po prostu nie odparowywała. W moim pokoju było znacznie lepiej, ale to dlatego, że klimatyzator ustawiony na grzanie nie przestawał chodzić (mimo, że na zewnątrz w ciągu dnia było nawet 20 stopni w plusie).

Hotel z zewnątrz wygląda na niedawno zbudowany. Wewnątrz też, tylko że kamienna posadzka i trupie oświetlenie nadaje mu nieprzyjemnego, zimnego charakteru. Pokój na pierwszy rzut oka wydawał się nawet stosunkowo czysty, wrażenie się jednak rozmyło gdy w wannie odkryłam kilka długich czarnych włosów. Ja nie mam długich włosów, ani czarnych. Może należały do pani sprzątającej?

Po drodze z lotniska miałam okazję doświadczyć czegoś co w Szanghaju jest nieosiągalne – ciemności egipskich. Na drodze nie było żadnych lamp i tylko reflektory samochodu oświetlały jezdnię, i to na krótką odległość ze względu na panującą mgłę (tak, tak mgłę, a nie smog, który pozostał w Szanghaju).

03_dzien1

Dziś zaliczyłam trasę wycieczkową Huangshi Village (Huangshi Zhai). Krajobrazy mijane po drodze na szczyt były niesamowite, wprost z planu filmowego Avatar – las stożkowatych skał wyrastający jakby spod ziemi. Przekonałam się, że malowane przeze mnie na kursie malarstwa chińskiego skupiska skał naprawdę w rzeczywistości istnieją.

04_dzien1a

02.02.2014

Dziś doświadczyłam jedynego w swoim rodzaju ataku paniki. Miałam wrażenie, że wszyscy ludzie na świecie zniknęli, że zostałam całkiem sama.

Zaczęło się niewinnie. Minęłam dzikie tłumy turystów przy bramie do parku (Zhangjiajie National Forest Park Entrance – 张家界森林公园门票站) i odbiłam w prawo, by przejść zaplanowaną wcześniej trasę widokową Yaozi village (Yaozizhai). Droga ułożona z równo przyciętych płyt kamiennych (a może betonowych) prowadziła malowniczo przez gęsty las. W Chinach generalnie większość tras wycieczkowych jest wyłożona betonowymi płytami, stąd nawet paniusie w butach na obcasach, w lepszy lub gorszy sposób mogą sobie poradzić. Po drodze nie spotkałam nikogo, co mnie zupełnie nie zmartwiło. Po półtorej godzinie dotarłam do rozwidlenia dróg. Za sobą miałam niecałe 2000 m. i jeśli chciałam iść dalej, to do końca trasy pozostało mi około 1600m. W tym dziwnym miejscu stał opuszczony budynek, który był kiedyś może restauracją, a teraz zamieszkiwały go chyba kury, które chodziły samopas po podwórku.

05_dzien2

W tym odosobnionym miejscu spotkałam trójkę ludzi, których na szczęście nie spytałam, czy daleko do końca trasy. Pokonałam kilkadziesiąt metrów wzwyż i stanęłam jakby na samej górze. Moim oczom ukazał się niezwykły wąwóz, ze wszystkich stron otoczony szpiczastymi górami, a w dole rozpościerała się zielona dzicz.

Właśnie gdy zaczęłam schodzić w dół do tego niezwykłego wąwozu, zaczęłam się bać. Nie było nikogo, ani żywej duszy. A ja szłam w dół i w dół. O tym, że ktoś tędy kiedyś przechodził świadczyły pety papierosów i porozrzucane papierki po cukierkach. Niekiedy mijałam tablice informacyjne: „Uwaga spadające głazy”, „uwaga, kamienie mogą być śliskie po deszczu i śniegu, stąpać ostrożnie!”, „Nie drażnij dzikich małp”. Gdy już zaczęłam wierzyć, że zostałam sama na świecie, nagle usłyszałam dochodzące z dołu ludzkie głosy, potem spotkałam kilkoro turystów, a później to już całe morze ludzi (人山人海). I po raz pierwszy ten widok nie tylko mnie nie zmartwił, ale dla odmiany ucieszył. Poczułam się jak „Kevin sam w domu”, który w złą godzinę wypowiedział swoje życzenie.

06_dzien2a

Restauracje. Wielkiego wyboru jadłodajni tutaj nie ma, po części ze względu na okres świąteczny, ale kilka miejsc do wyboru jest. Prawie każde gospodarstwo tutaj to albo hotel, albo restauracja. Handel i usługi związane z bliskością jednego z pięciu wejść do Narodowego Parku Leśnego stanowi główne źródło utrzymania miejscowej ludności.

Pierwszego dnia wybrałam się do restauracji, która wyglądała na najczystszą. Jedzenie było dostatecznie dobre, choć dofu miało dziwny posmak. Może tak miało być. Następnego dnia udałam się do lokalu z największą liczbą klientów, bo wywnioskowałam, że gdzie dużo ludzi, tam dają dobrze jeść. Taką oto poczyniłam obserwację: „Ilość klientów jest odwrotnie proporcjonalna do czystości lokalu”. Taka śmieszna reguła przyszła mi do głowy, gdy odklejałam buty od posadzki chcąc opuścić restaurację. (Rąk nie musiałam od stołu odklejać, bo trzymałam je w górze.) Jedzenie było dość smaczne, przyprawione na „drętwiejąco-ostro”, a ten smak zabija wszystkie inne smaki.

03.02.2014

W mglistej aurze postanowiłam zdobyć górę Tianzi Mountain (天子山). Nauczka dnia – odległości na mapie nie są tak krótkie, jak się wydają. Najpierw musiałam z hotelu dojść do przystanku minibusów, których jedyną regułą jest, że zawsze odjeżdżają „zaraz”. Gdy chciałam uściślić znaczenie słowa „zaraz”, bileterka obrzuciła mnie tylko gniewnym, poirytowanym spojrzeniem.

07_dzien3

Musiałam dostać się do wejścia do parku Wulingyuan (武陵源门票站). Oczywiście okazało się, że bus dojeżdża tylko do głównego ronda w miasteczku, a resztę drogi trzeba przejść piechotą. Żeby to nie było wszystko, to za bramkami wejściowymi do parku znajduje się gigantyczny parking, z którego co kilka minut odjeżdżają bezpłatne autobusy i dowożą rzesze turystów do miejsc tzw. „atrakcji turystycznych”. Tak więc od wyjścia z hotelu do rozpoczęcia wspinaczki minęły dobre dwie godziny. Trasa była bardzo urokliwa. Nie spotkałam też wielu Chińczyków, a tych co mijałam, to też raczej słyszałam, niż widziałam, ze względu na panującą gęstą mgłę. Zastanawiałam się gdzie podziali się ci wszyscy chińczycy zapełniający autobusy przy bramie do parku. Otóż z moich obserwacji wyniknęło, że Chińczycy nie wspinają się po górach. Wolą poświęcić 4 godziny stojąc w kolejce do kolejki linowej, która dowiezie ich na górę, podczas gdy piechotą doszliby tam w dwie! Nic dziwnego, że jako jedyna wysiadłam z pełnego autobusu, by rozpocząć wspinaczkę.

08_dzien3a

Ze względu na późną porę musiałam skrócić trasę i przed dotarciem na szczyt, odbiłam w lewo by w dół wrócić inną drogą, barwnie zwaną Dziesięciomilową Galerią Natury (Ten-mile Natural Gallery 十里画廊). Oczywiście i tutaj istnieje opcja dla Chińczyków – kolejka jednoszynowa. Nie polecam, bo widoki niezwykłych formacji górskich zapierają dech w piersiach i warto się czasem zatrzymać. Sceneria jest niezwykła, a mgła dodawała jej jeszcze aury tajemniczości i grozy.

09_dzien3b

04.02.2014

Tianmen Mountain (天门山)

Zrobiwszy mały rekonesans na portalu Tripadvisor, ostatniego dnia zrezygnowałam z wyprawy nad jezioro Baofeng i w zamian pojechałam do centrum miasta Zhangjiajie (张家界市区), by kolejką linową dostać się na górę Tianmen. Przejazd kolejką robi wrażenie, gdy mija ona po drodze kolejne szczyty górskie, a szczególnie gdy zbliża się do stacji końcowej i sunie w górę nieomalże równolegle ze zboczem góry (zbocze jest prawie pionowe). Niestety były to ostatnie widoki w zasięgu wzroku. Wkrótce wokół nie było widać nic poza wszechogarniającą bielą.

10_dzien4d

Wokół góry zbudowano betonowy chodnik-balkon, taką jakby obwodnicę po zewnętrznej stronie. Spacer po niej sprawia niesamowite wrażenie i mogę sobie wyobrazić, że jest jeszcze większe przy bezchmurnej pogodzie, kiedy faktycznie widać jak wysoko nad ziemią człowiek się znajduje. Nie zrobił na mnie niestety większego wrażenie spacer po szklanej posadzce, ponieważ widoczność była tylko na kilka metrów, więc widziałam tylko zbocze góry pod balkonem i nic więcej.

11_dzien4

Mgła przydawała miejscu magii i tylko grupy rozwrzeszczanych chińskich turystów przypominały mi bezustannie, że nadal jestem w Chinach. Co gorsza, podczas całej wycieczki na górę Tianmen nie spotkałam innych obcokrajowców, a zatem byłam jedyną „małpą”, z którą każdy chciał się przywitać przeciągłym „helou”, zrobić sobie zdjęcie, albo przynajmniej odnotować moją obecność: „Laowai!” (Ooo, obcokrajowiec!). Na nic się zdało maskowanie pod grubą zimową czapką i owinięcie szalem. Moje zielone oczy jak gdyby świeciły we mgle.

12_dzien4a

Zauważyłam, ze tutejsi kierowcy mają podzielną uwagę. Na przykład kierowca minibusa, który wiózł mnie dziś do miasta (centrum Zhangjiajie) jednocześnie palił papierosa i prowadził, albo jednocześnie rozmawiał przez telefon komórkowy i kierował. Schody zaczynały się, gdy miał wykonać jeszcze jedną czynność, na przykład zatrzymać się. To go niestety przerastało i tylko, na machających ręką niedoszłych pasażerów trąbił, by zeszli mu z drogi. Pewnemu młodemu człowiekowi udało się wpasować pomiędzy dwie rozmowy telefoniczne, więc poszerzył grono pasażerów. Inni wymachiwali bezskutecznie. Na koniec końców zostałam sama. Gdy podzieliłam się z kierowcą wątpliwością, czy w taki pochmurny dzień wiele z góry Tianmen zobaczę, on całkiem serio i ochoczo zaproponował mi bym z tego zrezygnowała i w zamian pojechała z nim do gorących źródeł (bo akurat tam jedzie). Pośpiesznie wysiadłam, i ustawiłam się w kolejce do linowej kolejki…

13_dzien4c

Późnym popołudniem zebrałam bagaże i przystąpiłam do „łapania” taksówki na lotnisko. Nie okazało się to tak trudne, jak czasami bywa w Szanghaju. Recz w tym, ze kierowca już na wstępie oświadczył, że nie włączy licznika. Na moje protesty wyjaśnił, ze taki tu mają zwyczaj. Nie obstawałam przy swoim, i jego tłumaczeń też nie chciałam słuchać. Byłam w wyjątkowo pokojowym nastroju. Pan taksówkarz też, a wręcz zanim (po około pięciu minutach) dojechaliśmy na lotnisko, pożałował, że nie wiedział wcześniej, że do odlotu mam ponad 2 godziny, bo by mnie do domu na herbatę wziął, zamiast na lotnisko. Ach jak dobrze, że byliśmy już przed budynkiem lotniska 🙂

14_dzien4f

15_dzien4ee

16_dzien4gg

———————————————————–

Artykuł pochodzi od autora bloga www.kakcia.blox.pl.

Publikacja za zgodą autora.

Reklamy
Posted in: MIEJSCA