„Człowiek o fasetkowych oczach”

Posted on 14 lutego 2016 - autor:

0


Wu Ming-yi „Człowiek o fasetkowych oczach”

Tłumaczenie: Katarzyna Sarek

wu_ming_yi_man_with_compound_eyes

Niekiedy Wayończykom brakowało pożywienia, czasami zła pogoda nie pozwalała im na połowy, czasami wybuchał konflikt pomiędzy dwoma plemionami, ale każdy, nieważne jak spędzał czas, potrafił opowiadać najróżniejsze historie o morzu. Opowiadali je podczas posiłków, opowiadali je przy powitaniu, opowiadali je przy ceremoniach, opowiadali je kochając się, opowiadali je nawet przez sen. Nikt ich nie spisał, ale wiele lat później antropolodzy mogliby się przekonać, że Wayo Wayo było miejscem na ziemi z największą liczba morskich sag, a każdy mieszkaniec miał na końcu języka zdanie: Opowiem ci historię o morzu.


Część I

Rozdział I. Jaskinia

Wydobywający się ze środka góry potężny, choć wydający się nadciągać z oddali, dźwięk nagle zagłuszył kapanie wody ze szczelin jaskini.
Wszyscy na chwilę ucichli.
Li Jung-hsiang krzyknął. To nie przepływająca woda, o nie; ani dźwięk toczącego się głazu czy pękającej skały macierzystej i na pewno też nie echo rozmów. Bardziej przypominało to nieskazitelne szklane naczynie, które nagle trącone, na pierwszy rzut oka nie poniosło żadnego uszczerbku, ale w rzeczywistości już powoli zaczyna pokrywać się pajęczyną delikatnych pęknięć. Dźwięk nagle ucichł i jedyne co słyszeli ludzie w jaskini i w dyspozytorni były ich oddechy i cichutkie popiskiwania radia.
Detlef Boldt głęboko odetchnął z ulgą i zapytał po angielsku z ciężkim akcentem:
– Przed chwilą, co słyszeliście?
Nikt nie odpowiedział, bo choć wszyscy usłyszeli ten dźwięk, to nikt nie wiedział, jak go opisać. W tym momencie zabrakło prądu i wewnątrz znajdującej się głęboko pod górą jaskini zapanowała ciemność. Wszyscy patrzyli w mrok przed sobą, ale niczego nie było widać. I wtedy znów zabrzmiał, jakby gigantyczna istota maszerowała wewnątrz góry, zbliżając się do nich, bądź oddalając.
– Cicho! Ciiiszej! – Li Jung-hsiang natychmiast obniżył głos nie chcąc wprawić skał w wibracje i spowodować kolejnego obsuwiska. Ale wszyscy ucichli już dużo wcześniej.

Rozdział II. Noc Atre


Mieszkańcy Wayo Wayo uważali, że świat jest po prostu wyspą.
Wyspa Wayo Wayo leżała na bezkresnym oceanie, daleko od jakiegokolwiek kontynentu, w pamięci Wayończyków przetrwało wspomnienie, że raz na ich wyspie pojawił się biały człowiek, ale nigdy żaden z nich nie opuścił wyspy i nie powrócił z wieściami o innych lądach. Mieszkańcy Wayo Wayo wierzyli, że świat to morze, a Kabang (słowo „bóg” w ich języku) stworzył tę wyspę w podarunku dla nich i położył ją jak pustą muszelkę w misce wody. Wyspa Wayo Wayo unosiła się na wodach zgodnie z przypływami i odpływami, a morze było źródłem pożywienia dla mieszkańców. Ale niektóre morskie istoty były wcieleniem Kabanga, na przykład asamu – czarno-biała cętkowana ryba wysyłana przez niego, aby szpiegować ludzi i poddawać ich próbom, dlatego Wayończycy wliczali ją do kategorii rzeczy, których nie wolno jeść.
– Jeśli przez nieuwagę zjecie asamu, wokół pępka wyrosną wam łuski i do końca życia ich się nie pozbędziecie. – Podpierając się laską zrobioną z żebra wieloryba, Mistrz Morza co wieczór kuśtykał i siadał pod drzewem, gdzie opowiadał dzieciom wszystkie morskie historie Wayo Wayo. Opowiadał dokąd słońce nie chowało się w morzu, opowiadał dokąd dzieci nie zamieniły się w młodzieńców, opowiadał dokąd młodzieńcy nie przeszli rytuałów przejścia i nie zamienili się w mężczyzn. Jego słowa miały zapach morza, a w każdym oddechu była sól.
– A co się stanie jak wyrosną łuski? – zapytał mały chłopiec. Wszystkie tutejsze dzieci miały olbrzymie oczy jak nocne zwierzęta.
– Och, moje dziecko, człowiek nie może mieć łusek, tak jak żółw nie może spać brzuchem do góry.
Innego dnia Mistrz Ziemi zabrał dzieci na pola w dolinie między wzgórzami, gdzie rosła akaba, słowo oznaczające coś w kształcie dłoni. Jedna z nielicznych roślin na wyspie dostarczających skrobię, wyglądała jak niezliczone palce rozcapierzone w modlitwie do nieba. Ponieważ wyspa była mała, a ludzie nie mieli za dużo narzędzi rolniczych, na ziemi po posadzeniu roślin układano kamienie, które zabezpieczały ją przed wiatrem i zatrzymywały wilgoć.
– Trzeba ją kochać, otaczać ziemię miłością, ziemia to najcenniejszy skarb wyspy Wayo Wayo, tak jak deszcz, tak jak serce kobiety. – Mistrz Ziemi uczył dzieci, w jaki sposób układać kamienie, miał skórę jak popękane błoto, plecy wypiętrzone jak pagórek.
– Dzieci, na świecie można wierzyć tylko Kabangowi, morzu i ziemi.


W południowo-wschodnim krańcu wyspy znajdowała się laguna koralowa, dobre miejsce do połowu małymi sieciami rzutkami czy do zbierania skorupiaków. Mniej więcej dziesięć orzechów (odległość równa dziesięciu rzutom orzecha kokosowego) na północny-wschód znajdowała się rafa koralowa, na której zbierały się ptaki, gdy całkowicie się wynurzała przy odpływie. Mieszkańcy wyspy z połączonych gałęzi robili gawana, narzędzie do łapania ptactwa. Z wyglądu gawana przypominała zwykły kołek z zaostrzonym szpicem, przez otwór w drugim, tępym końcu przewlekano sznur upleciony z cibory. Wyposażeni w gawany Wayończycy wypływali czółnem na rafę i pozwalali prądowi morskiemu, aby ich niósł. Z rozmysłem nie patrzyli w stronę ptaków, w duchu modlili się do Kabanga, a gdy prąd zniósł ich łódkę w pobliże ptaków, z całej siły miotali gawaną. Pobłogosławiona przez Kabanga pętla zaciskała się na ptasiej szyi, jeszcze tylko zręczny obrót ręką i ostry koniec przebijał ptaka, a krew spływała po zaostrzonym końcu, jakby to gawana odniosła rany. Jedyną bronią albatrosów, głuptaków, pelikanów, petreli i mew przed gawaną było rozmnażanie, gdy wiosną ptaki zatrzymywały się na wyspie na budowanie gniazd i wysiadywanie jaj. Dlatego o tej porze roku Wayończycy codziennie objadali się jajkami z okrutnym i pełnym zadowolenia uśmiechem na twarzach.
Podobnie jak na innych wyspach, na Wayo Wayo często brakowało słodkiej wody, bo pochodziła tylko z deszczówki i jeziora w centrum wyspy. Dieta Wayończyków żywiących się głównie ptactwem i rybami była słona, przez co byli szczupli i ciemni i często cierpieli na zaparcia. O świcie kucali zwróceni plecami do morza nad dołkami wykopanymi w ziemi, niekiedy aż roniąc łzy z nadmiernego wysiłku.


Używając miary ludzkich stóp wyspa była nieduża, jeśli wyruszylibyśmy na obejście wyspy po śniadaniu to niedługo po południowym posiłku już bylibyśmy z powrotem, również z tego powodu Wayończycy mieli zwyczaj niedbałego określania swojej pozycji jako „twarzą do morza” czy „plecami do morza”, co w drugim wypadku oznaczało skierowanie się twarzą ku niskiemu wzgórzu w centralnym punkcie wyspy. Rozmawiali twarzą do morza, jedli plecami do morza, składali ofiary twarzą do morza, żeby nie obrażać Kabanga – kochali się plecami do morza. Wayończycy nie mieli naczelnika, jedynie „starców”, a najmądrzejszego spośród starych ludzi nazywano „starcem morza”. Drzwi wejściowe domu, w którym żył „starzec morza” znajdowały się twarzą do morza. Ozdobiona muszlami i rzeźbami chata przypominała przewrócone czółno, na ścianach przyklejano rybie skóry, a przed wejściem Wayończycy budowali ściankę z korali ochraniającą przed wiatrem. Mieszkańcy wyspy nie mieli możliwości znaleźć się w miejscu, w którym nie byłoby słychać szumu morza, ani wypowiedzieć zdania, w którym nie byłoby o nim wzmianki. Rano przy powitaniu mówili: Byłeś już nad morzem?; w południe pytali: Sprawdzimy nasze szczęście na morzu?; i nawet gdy w dzień fale były za duże, żeby wypłynąć, wieczorem przy spotkaniu dopytywali: Musisz mi opowiedzieć, co zdarzyło się na morzu. Codziennie Wayończycy wypływali na połów, gdy spotykali się na brzegu krzyczeli: Nie pozwól, aby mona ukradła twoje imię! Mona oznaczała falę. Kiedy przypadkiem wpadali na siebie pytali: Jak dziś na morzu? I nawet jeśli wiatr stawiał wysokie fale, rozmówca musiał odpowiedzieć: Przepięknie. Melodia języka wayońskiego, ostra i donośna, przypominała odgłosy morskich ptaków; przypominała ptasie skrzydła, które lekko drgają w miejscach zgięć, a każde zdanie kończyło się pluskiem fali, w którą nurkuje drapieżnik.
Niekiedy Wayończykom brakowało pożywienia, czasami zła pogoda nie pozwalała im na połowy, czasami wybuchał konflikt pomiędzy dwoma plemionami, ale każdy, nieważne jak spędzał czas, potrafił opowiadać najróżniejsze historie o morzu. Opowiadali je podczas posiłków, opowiadali je przy powitaniu, opowiadali je przy ceremoniach, opowiadali je kochając się, opowiadali je nawet przez sen. Nikt ich nie spisał, ale wiele lat później antropolodzy mogliby się przekonać, że Wayo Wayo było miejscem na ziemi z największą liczba morskich sag, a każdy mieszkaniec miał na końcu języka zdanie: Opowiem ci historię o morzu. Wayończycy nigdy nie pytali innych o wiek, rośli jak drzewa, jak kwiaty eksponowali swoje przyrodzenia, jak małże uparcie trwali w czasie, jak żółwie morskie umierali z uśmieszkiem w kącikach ust. Ich dusze były starsze niż ich ciała, ponieważ długo wpatrywali się w morze, wyglądali na melancholijnych, a na starość cierpieli na katarakty. Starcy gotowi na odejście, którzy dawno stracili wzrok pytali synów i wnuków: Jaka jest dzisiaj pogoda na morzu? Wayończycy uważali, że widok morza w czasie umierania to łaska Kabanga, marzeniem życia była śmierć z utrwalonym w odmętach mózgu obrazem oceanu.
Kiedy na wyspie Wayo Wayo rodził się chłopiec, ojciec wybierał dla niego drzewo i robił na nim nacięcie przy każdym nowiu księżyca, gdy liczba nacięć dochodziła do stu chłopiec musiał sam zbudować swoją talawaka. Lata wcześniej brytyjski antropolog S. Percy Smith, który jako jedyny spędził dłuższy czas na wyspie, opisał ją jako pirogę, w rzeczywistości była raczej wyplataną łódką. Ponieważ wyspa była zbyt mała i nie rosło na niej wystarczająco dużo grubych drzew, z których można by drążyć pirogi, błąd Smitha mógłby stać się żartem w antropologii, ale to nie była głupia pomyłka, ponieważ każdy kto zobaczył talawaka sądził, że jest wykonana z jednego kawałka drewna. Wayończycy najpierw z gałęzi, ratanu i trzech, czterech rodzajów miskantów wyplatali szkielet łodzi, potem pokrywali go trzema warstwami pulpy roślinnej, szczeliny zapychali torfem z bagien i na końcu pokrywali całość wodoodporną żywicą. Z zewnątrz talawaka rzeczywiście wyglądała pięknie i solidnie, jakby była z wydrążonego pnia drzewa.
Najpiękniejszą i najtrwalszą talawakę na wyspie zrobił młodzieniec siedzący teraz na brzegu. Jego wygląd jest typowy dla mieszańców Wayo Wayo – płaski nos, głęboko osadzone oczy, błyszcząca skóra, osowiały kręgosłup i kończyny jak strzały.
– Atre, nie siedź tam, zobaczą cię duchy morskie! – krzyknął do Atre przechodzący starzec.


Kiedyś, jak każdy Wayończyk, Atre wierzył, że świat jest wyspą i jak pusta muszla unosi się na powierzchni oceanu.
Od swojego ojca nauczył się sztuki budowania łodzi, współplemieńcy chwalili go, że jest najlepszym wśród młodych budowniczych na wyspie i kunsztem przewyższa nawet swojego starszego brata Naledę. Chociaż młody, miał ciało jak ryba i przy nurkowaniu na jednym oddechu potrafił schwytać trzy koryfeny. Wszystkie dziewczęta na Wayo Wayo durzyły się w Atre i każda marzyła, że pewnego dnia zastąpi jej drogę na ścieżce i zaniesie w zarośla, a potem gdy po trzech księżycach ukradkiem powie mu, że jest w ciąży, wróci do domu i poczeka na niego, aż zjawi się z nożem z kości wieloryba i propozycją małżeństwa. Być może Rasula, najpiękniejsza dziewczyna na wyspie, także o tym marzyła.
– Atre czeka los drugiego syna, nie ma znaczenia, że potrafi nurkować, wyspa nie chce drugich synów, chcą ich tylko morskie duchy. – Matka Atre często skarżyła się ludziom w pobliżu. Ci ze zrozumieniem potakiwali głowami, nie było nic boleśniejszego na Wayo Wayo niż wychowywanie wspaniałego drugiego syna. Matka mówiła tak rano, mówiła tak wieczorem, jej grube wargi drżały, jakby dzięki wielokrotnemu powtarzaniu Atre mógł uniknąć swego przeznaczenia.
Jeśli tylko pierworodny nie umarł przedwcześnie, drugi syn bardzo rzadko się żenił, czy zostawał „starcem morza”. Gdy minęło sto osiemdziesiąt księżycy od urodzenia, wysyłano ich w morze z misją bez powrotu. Na łódź mogli tylko zabrać wodę na dziesięć dni i nie mogli wrócić. Wayończycy mieli powiedzenie o drugich synach: „poczekajmy, aż wróci twój drugi syn”, co po prostu znaczyło – nigdy w życiu!
Z migoczącymi rzęsami i skórą świecącymi od zastygłych kryształów soli, Atre wyglądał jak syn boga morza. Jutro kierując swoją talawaka wyruszy na ocean. Wspiął się na najwyższą skałę na Wayo Wayo i patrzył na odległe białe zmarszczki fal łamiące jedna za drugą powierzchnię wody, ptaki latające wzdłuż wybrzeża przypomniały mu o Rasuli, wiotkiej jak cień lecącego ptaka i poczuł, że jego serce, na którym przez eony lat rozbjają się morskie fale, zaraz rozpadnie się na kawałki.
Kiedy zapadł mrok, zgodnie ze zwyczajem, dziewczyny z plemienia czyhały na Atre. Gdy tylko zbliżał się do zarośli, już któraś zastępowała mu drogę, ciągle miał nadzieję, że dziewczyną w krzakach będzie Rasula, ale wciąż to nie była ona. Atre raz za razem kochał się z inną dziewczyną wśród traw, w ten sposób mógł zostawić ostatnią rzecz na wyspie. Jakakolwiek kobieta zastępuje ci drogę w zaroślach musisz się z nią kochać, taki był zwyczaj, takie były zasady na Wayo Wayo, była to również okazja, żeby na wyspie zostawić po sobie dziecko. I także tylko w noc poprzedzającą wypłynięcie w morze drugiego syna dziewczęta z Wayo Wayo mogły same zasadzać się na swojego oblubieńca. Atre gorączkowo kochał się z każdą, która napotykał w drodze do zarośli przy domu Rasuli, robił to nie dla przyjemności, ale żeby przed świtem dostać się w pobliże jej domu, miał przeczucie, że musi ją spotkać. Wszystkie dziewczyny czuły, że ciało Atre chociaż w nie wchodzi, to natychmiast chce je opuścić i zasmucone pytały:
– Atre, dlaczego mnie nie kochasz?
– Wiesz, z uczuciem, tak jak z morzem, nie wygrasz…
Dopiero kiedy niebo lśniło jak brzuch ryby, Atre dotarł w pobliże domu Rasuli i wystająca z zarośli para rąk delikatnie wciągnęła go do środka. Atre drżał jak ptak chowający się w skałach przed błyskawicami, nie stawał mu, nie ze zmęczenia, ale dlatego, że gdy zobaczył oczy Rasuli poczuł, że jego serce poparzyła meduza.
– Atre, dlaczego mnie nie kochasz?
– Kto tak powiedział?! Z uczuciem, tak jak z morzem, nie wygrasz…
Długo się obejmowali, Atre zamknął oczyi poczuł się jakby unosił się w powietrzu i patrzył z góry na bezkres morza. Powoli się budził, zmuszał się do zapomnienia, że za niedługo wyrusza w morze i myślał tylko o tym, że skoro już zesztywniał, to musi poczuć ciepło środka jej ciała. O świcie cała wioska zebrała się w porcie, żeby go pożegnać, poza Mistrzem Morza i Mistrzem Ziemi nikt spośród Wayończyków nie wiedział, że w rzeczywistości duchy drugich synów, którzy w przeszłości opuścili wyspę, wszystkie one wróciły i będą towarzyszyć Atre o błyszczącej skórze jak syn boga morza, pokierują jego własnoręcznie zrobioną talawaką, poniosą „mówiący flet”, jaki podarowała mu Rasula, popłyną łodzią w stronę wspólnego przeznaczenia drugich synów.

Reklamy