Chiński dylemat polskiej polityki zagranicznej

Posted on 17 sierpnia 2017 - autor:

2


Łukasz Sarek
PPD_polsko_chinskie_dylematy

W lipcowym numerze Polskiego Przeglądu Dyplomatycznego pod wspólnym tytułem „Chiński dylemat polskiej polityki zagranicznej” opublikowana została seria artykułów poświęconych stosunkom polsko-chińskim autorstwa Justyny Szczudlik, Dominika Wnukowskiego, Łukasza Sarka i Dominika Mierzejewskiego. Poniżej fragmenty z części napisanej przez Łukasza analizującej aktualne problemy współpracy gospodarczej.

[…]Polsce brakuje spójnej i konsekwentnej koncepcji przyciągania chińskich inwestorów, zdefiniowania ich grup. Brakuje wyraźnego wskazania,w których branżach i regionach z punktu widzenia interesów państwa i samorządów najchętniej byliby widziani i w jakim charakterze, oraz konkretnej, szerszej akcji informacyjno-promocyjnej. Niezwykle przydatne byłobyteż stworzenie na miejscu w Polsce infrastruktury, która ułatwiłaby chińskim przedsiębiorcom działanie. Brakuje też odpowiedzi na podstawowe pytanie, co jest ważniejsze w przypadku chińskich inwestycji: ilość czy jakość. Bierzemy, co spadnie, bez prowadzenia prawdziwej aktywnej politykiproinwestycyjnej. Jak to określił były wiceminister w Ministerstwie Rozwoju Radosław Domagalski-Łabędzki: jaki jest rynek, tacy są inwestorzy. Tylko jak widać na przykładzie Opola, Żyrardowa, Koszalina, możliwe jest przyciągnięcie prywatnych inwestorów zainteresowanych tworzeniem nowych zakładów. Na większą skalę wymaga to jednak nakładu czasu, pieniędzy i podjęcia oraz skoordynowania konkretnych działań informacyjno-promocyjnych między resortami i agencjami, stworzenia oferty inwestycyjnej skierowanej specjalnie do chińskich inwestorów, stworzenia przeznaczonych dla nich – za przykładem innych państw – stref, parków przemysłowych z przejrzystą polityką ulg podatkowych i innych korzyści.[…]

[…]Wielu w Polsce marzy się, że przyjdą wielkie chińskie firmy budowlane i zbudują nowe drogi, tory, dworce, lotniska, elektrownie, trakcje energetyczne, zakłady przemysłowe – i jeszcze to wszystko sfinansują. Tego typu myślenie podtrzymują przedstawiciele rządu deklaracjami o poszukiwaniu w Chinach partnerów do inwestycji infrastrukturalnych. Pojawiające się w tym kontekście częste określenie „chińska inwestycja” oznacza w rzeczywistości tylko pożyczkę, której na mniej lub bardziej dogodnych warunkach udzielą polskiemu rządowi, samorządom lub przedsiębiorstwom chińskie instytucje finansowe. Za pożyczone środki chińskie firmy zrealizują inwestycje. Część z tego zostanie u polskich podwykonawców, ale gros powędruje z powrotem do Chin. Chińskie firmy bynajmniej nie są skłonne do podjęcia ryzyka związanego z celowością i rentownością inwestycji. Unikają długoterminowego udziału i zawierania umów typu BOT (wybuduj–zarządzaj–przekaż). Nie mają też do tego często wystarczającej wiedzy i możliwości organizacyjnych. Chińskie „inwestycje” w infrastrukturę, o których szumnie mówią przedstawiciele polskiego rządu, to umowy o roboty budowlane, ewentualnie finansowane z chińskiej pożyczki. […]

[…]Już obecnie eksport wielu pozycji przemysłowych przewyższa sprzedaż drobiu, mleka czy słodyczy lub jest z nią porównywalny. Żywność jest mocnym punktem polskiego eksportu i wysiłki rządu na rzecz jej promocji w Chinach, zwłaszcza wobec poszukiwania nowych rynków zbytu ze względu na rosyjskie kontrsankcje, są konieczne i całkowicie zrozumiałe. Chiny są jednak największym na świecie producentem wieprzowiny i jabłek, drugim po USA drobiu. Import jest marginesem konsumpcji. Jego udział w ubiegłym roku dla wieprzowiny wyniósł nieco ponad 3%, mimo najsłabszych od pięciu lat wyników chińskiej produkcji. Dla jabłek to ułamek procenta. Chińskie władze są wyczulone na punkcie bezpieczeństwa żywnościowego i samowystarczalności i nie należy się spodziewać, że zaakceptują znaczący udział importu. Mają natomiast plany modernizacji rolnictwa, tworzenia wielkich gospodarstw rolnych i hodowlanych zdolnych do konkurowania z zagranicznymi przedsiębiorstwami. Budowanie przyszłości polskiego eksportu na takich podstawach nie gwarantuje stabilnego wzrostu. Potrzebne są dywersyfikacja oferty, lepsza promocja i realne wsparcie eksportu produktów o wyższej wartości dodanej. […]

[…]Jest bariera, przez którą polskie firmy przebić się nie potrafią. Problem bowiem tkwi w tym, że to, co Polska ma atrakcyjnego w ofercie i co można promować, spotyka się z chińską ścianą polityczno-administracyjną i ryzykiem utraty własności intelektualnej. Dobrym przykładem jest chiński rynek gier komputerowych. W 2016 r. był wart ponad 25 mld dol. i wykazuje dynamiczną tendencję wzrostową. Tymczasem wejście zagranicznych firm, także polskich, jest utrudnione ze względu na przeszkody administracyjne i niechęć chińskich władz do zagranicznych produktów. Gąszcz przepisów biurokratycznych i wielość urzędów zaangażowanych w dopuszczenie gry na rynek oraz niejasne podstawy wydawanych arbitralnie decyzji blokują chińskim graczom legalny dostęp do polskich gier. Jeszcze trudniej może być z usługami IT dla biznesu, ze względu na chińskie przepisy dotyczące dostępu władz do technologii i kodów źródłowych i danych.[…]

[…]Samotne suplikowanie do kierownictwa KPCh o udział w rynku w kilku branżach, które są łatwymi celami dla rozgrywek i nacisków politycznych – zamiast dbania o dywersyfikację oferty eksportowej i wspólnego z innymi członkami UE walczenia o zniesienie barier i równy dostęp – to nie jest droga do poważnego sukcesu. Niestety, o tę współpracę – przy ciągłych konfliktach dyplomatycznych i braku chęci ze strony obecnego rządu do normalnych sto-sunków z naszymi unijnymi partnerami – może być trudno. Niemcy i niektóre inne państwa członkowskie oraz Komisja Europejska podejrzliwie patrzą na inicjatywę 16+1, widząc w niej, niebezpodstawnie, platformę do budowy chińskich wpływów, a nie korzystną dla całej Unii inicjatywę regionalną. Chinom zależy na tym, żeby mieć wpływ ma decyzje UE, swojego głównego partnera. Szukają możliwości jego zdobycia i będą próbowały wykorzystać Polskę i jej pozycję w Unii do tych celów. A część państw członkowskich i Komisja Europejska coraz wyraźniej pokazują, że czas ustępstw wobec Chin się kończy i oczekują od Pekinu wzajemności w dostępie do rynku I inwestycji. Unia nie uznała Chin za gospodarkę rynkową, a nowe zasady ochrony rynku unijnego przed dumpingowanymi i nielegalnie subsydiowanymi produktami niewiele się dla Pekinu zmieniły, mimo jego wyraźnych protestów. Unia domaga się też podpisania z Chinami umowy o ochronie inwestycji dla zapewnienia większego bezpieczeństwaeuropejskim inwestorom. Krótka I bardzo konkretna wypowiedź przedstawiciela Komisji Europejskiej Jyrkiego Katainena na szczycie wyraźnie wskazała, czego władze Unii oczekują od Chin: równego dostępu do rynku, równych zasad w przetargach publicznych, transparentności przedsięwzięć opartych na międzynarodowych standardach. To są żądania, których realizacja przez stronę chińską ułatwi prowadzenie działalności w Chinach polskim przedsiębiorcom. Od polskiego rządu zależy, czy wybierze współpracę z europejskimi partnerami w otwarciu chińskiego rynku, czy też rolę petenta w nierównym partnerstwie z Chinami. […]

pełny tekst artykułu został opublikowany w Polskim Przeglądzie Dyplomatycznym nr 2017/3 (paywall):
https://www.pism.pl/publikacje/czasopisma/Polski_Przeglad_Dyplomatyczny/2017/3

Reklamy